High tides, low tides… and an odd flood

Pocztówka znad Tamizy 18/2006

Miłośnicy East Enders pamiętają z pewnością czołówkę tego ‚kultowego’ serialu: areal view of London z wijącą się wstążką Tamizy. Podobnie płynie przez Paryż Sekwana. Takie tereny od wieków sprzyjały osadnictwu, ale zakola dużych rzek były też – bardziej, niż proste nabrzeża – narażone na dobrodziejstwo inwentarza, powódź. Których było w historii Londynu parę. Living memory przechowuje jedną – z 1953 (dotknęła wschodnią Anglię i część stolicy, zginęło 140 osób).
Klęska sprowokowała dyskusję o zabezpieczeniu miasta przed przyszłymi nieszczęściami tego typu. Grudniowy Wielki Smog 1952 zabrał życie ok. 4000 osób i też ‘pomógł’ podjąć ważne decyzje (Clean Air Act). Londyn zaczął się przekształcać w miasto postindustrialne. W analogicznym okresie ówcześni władcy Polski nie zdążyli jeszcze zadecydować o połowie obłąkańczych hut, kopalń, cementowni i innych zakładów chemicznych… a miał przyjść kacyk, dla którego szablonem nowoczesności dla Polski była północna Francja z lat trzydziestych (Nord to parias cywilizacyjny Słodkiej i Heksagonalnej).

Dla niektórych Londyn wciąż równa się mgła… tak się naczytali Sherlocka Holmesa. Ja doświadczyłam tu całodziennego ‘mleka’ tylko raz w życiu – w listopadzie 98… Późno-listopadowego (albo i wczesno-grudniowego) wieczora usiłowałam wytłumaczyć monachijskiej współlokatorce (z pd Polski), jak się z ową mgłą uporano. I że fajerwerki Guy’a Fawkesa widać z Crystal Palace w promieniu kilkudziesięciu mil: od Croydon po Hampstead Heath i Wembley (5.11- pamiątka wykrycia i unieszkodliwienia ‘katolickiego’ Gunpowder Plot). M posłuchała, pokręciła głową i rzekła ‘a ja i tak tam nie chcę jechać, bo tam jest ciągle mgła’. Cóż, listopad dla Polaków niebezpieczna pora.

Ale niewielu nie-bywalców pamięta o powodziach. Albo o regularnym zalewaniu ulic, ogródków i skwerów.
Bo Tamiza w Londynie ma tę dodatkową atrakcję, że jest bardzo blisko swego lejowatego ujścia. Niewiarygodne, jak ta krótka i niepozorna (np. w Oxfordzie) rzeczka, puchnie w samym Londynie. I jak bardzo potrafi się podnieść i opaść w ciągu paru godzin (czasem – parunastu kwadransów). Wielu nieobznajomionych z pływami uwiodły atrakcyjnie wyglądające plaże; jeśli dotarli podczas niskiego poziomu wody na bardziej zachęcające pebbles (nie poślizgnąwszy się na zdradliwym nabrzeżu lub podłożu), zastali tam mokry, oślizgły teren i wiele ‘znalezisk’ – idealne pole dla poszukiwaczy metali i innych skarbów, mniej ponętne dla amatorów kąpieli słonecznych. Niestety, niemożliwe jest zorganizowanie nad Tamizą plaży miejskiej podobnej do ‘celebrowanej’ paryskiej La Plage.

Niedawno zapowiadano wyjątkowo wysokie high tides. Miało to związek ze współwystąpieniem paru czynników (pełnia, bliskość równonocy i coś tam jeszcze). I z faktem, że Ziemia jest elipsoidą obrotową a nie ganz-regularną kulą. Prognozy sprawdziły się co do joty, a ja miałam okazję do traperskiej przeprawy w samym środku miasta (Barnes, okolice rezerwatu Leg’o’Mutton). Ze zdjęciem butów, czyli prawie tak atrakcyjnie, jak zdarza się w Grupie Jaworzyny czy Beskidzie Niskim (przepraszam polskie góry za niestosowne skojarzenia). Było upalne sobotnie popołudnie i rzeka zabawiła się z licznymi spacerowiczami, joggerami oraz rowerowiczami. Dokładniej – przycisnęła ich do muru St Paul’s School. Konni policjanci też brodzili przez tę wodną ścieżkę, wzbudzając radość dzieci, i bez tego mocno podekscytowanych. Dzień później – po drugiej stronie – widziałam podtopione auta (co na to ich katalizatory?) i lepki muł, który miejscami dotarł wysoko i daleko. Ale, mimo regularnego wdzierania się wody pod progi, Chiswick to bardzo pożądany rejon na zakup ‘lepianki’. Chiswick Mall jest obłąkańczo droga, a wygląda, jak na załączonym obrazku: dom (z widokiem na śmierdzącą rzekę), zaraz pod nim zalewana regularnie ulica. Po której trzeba zresztą wolno jechać, bo stale łażą spacerowicze (stupid cows – mawiała pewna Irlandka, absolwentka convent school); pomiędzy rzeczoną ulicą a rzeką – kawałek własnego ogródka (podwyższony, więc rzadziej zalewany). Zazwyczaj trawnik, lecz bywają i prawdziwe hortikulturalne szaleństwa.

Zaporę przeciwpowodziową Thames Barrier – zainspirowaną powodzią’53 a odtrąbioną w 1965 roku – ukończono na początku lat 80-tych. Odtąd uznawana jest, zwłaszcza w kręgach inżynierskich, za niemal-ósmy cud świata. A za must see – wśród koneserów Londynu. Pewien warszawski architekt, ilekroć przychodziło mu się zdumieć, że tyle rzeczy zdołałam zobaczyć w UK (mimo braku czasu i ograniczonych środków), konkludował zawsze z udawaną złośliwą satysfakcją: ‘ale Thames Barrier jeszcze nie widziałaś’. Dodając słodko, jakby perswadował coś upartemu dziecku: ‘musisz tam w końcu dotrzeć, Basiu, to niedopuszczalne by taaaka turystka i ekspertka od Wielkiej Brytanii nie widziała takieeego cudu techniki’. W którąś listopadową niedzielę ‘98 już jechałam, ale coś mnie zwiodło po drodze na manowce…

I oto trzy tygodnie temu, potwierdzając znajomej, że będę, jak obiecałam, o pierwszej na afternoon tea, usłyszałam: ‘świetnie, pogoda jest super, przejdziemy się do Woolwich, do Thames Barrier’. Mieszkając w Charlton, P ma równie blisko (dla Polaków – daleko) do Millenium Dome i David Beckham Academy, jak do Bariery. Poszłyśmy, zobaczyłyśmy. P zdumiona, że tak pięknie uporządkowano ścieżkę-chodnik nad Tamizą. Znów milenijne sprzątanie! Jest nawet marina. Wspomniana Akademia Beckhama wyrosła nieco później, zresztą w parę tygodni.
Wschodni Londyn i jego niesamowici mieszkańcy zasługują na szersze uhonorowanie… P mówi, że będzie jej bardzo brakować tych postindustrialnych klimatów, gdy się już wyniesie z L na emeryturę na wymarzoną farmę. (Najpierw jednak jej dom musi pójść w górę na tyle, by kupno ziemi i zagrody – na spółkę z bratanicą – było możliwe. Stąd obecna akcja ‘dodatkowa sypialnia’ (z dużej łazienki): koszt 12,000, wzrost wartości – 45,000. Stąd nadzieja, że – z powodu Olimpiady 2012 – ceny domów w rejonie Greenwich jeszcze wzrosną).

Sama Barrier jest oczywiście godna swego rozgłosu. Lśniła pięęęknie w pierwszowrześniowym słońcu. A o technikaliach przeczytają Państwo na: touruk.co.uk/london_sights/thamesbarrier…

Bariera ma ‘gwarancję’ do 2030 roku. Dotąd użyto jej ponad 20 razy. Tylko. Lecz alarmujące prognozy (na podstawie obserwacji topienia się terenów arktycznych) wskazują, iż już niedługo usłyszy o niej częściej świat nie-architektów. Mamy 10 lat na uratowanie planety – i tym razem nie wygląda to wszystko na histerię kilku nawiedzonych uczonych i zielonych. Londyn zmobilizował się dla rozwiązania lokalnych bolączek ekologicznych (smog, czystość wód, powodzie lokalne), ale przeciwdziałanie global warming wymaga światowego konsensu. O co, jak wszyscy widzimy, trudno… nawet w obrębie cywilizowanego myślenia o dobru wspólnym. Więc global warnings swoją drogą a In Barriers we trust swoją…

A jeśli to nie wystarczy? Mam nadzieję, że nie będzie mnie wtedy wśród spacerowiczów nad Tamizą.

©BM 22Sep06

Reklamy

Jedna odpowiedź to “High tides, low tides… and an odd flood”

  1. Nasza powszednia « przelotnie-pobieżnie-przejściowo Says:

    […] mamy. Nie, nie będę lać wody ponad potrzebę – mam już na sumieniu to* i owo**… i jeszcze więcej (głównie tam, gdzie rzeka w tytule cyklu ;/). …Państwo poczytają albo i nie. Dokręciwszy […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: