Wildlife in Central London… not quite wild, actually

Pocztówka znad Tamizy 5/2004

Gdy sześć lat temu, w środku słonecznego, letniego dnia zobaczyłam w ogródku naszego domku–community w Walthamstow lisa – myślałam, że niewiele mnie już w Londynie zaskoczy. (Siedział sobie i siedział w pozie pełnej godności i filozoficznej zadumy).
Tymczasem czytam wczoraj, że na południu miasta – w jeszcze 25 lat temu ohydnym ścieku – pojawiły się (wśród innych jakościowych ryb) pstrągi.
Rzeczka Wandle, bo o niej mowa, ma początek w kredowych North Downs, przepływa swe 9 mil przez post-industrialne, supermarketowo-hurtowniowe, wiktoriańsko-rezydencjalne i councilowsko-zaniedbane tereny i uchodzi do Tamizy poniżej Clapham Junction. Wymagającego, brązowego pstrąga złapano w niej po raz pierwszy od 70 lat a techniką ‘na muchę’ – od ponad stulecia. Wandle ma wodę podobną do pstrągowych rzek Test i Itchen w Hampshire oraz Kennet w Berkshire. Jej pstrąg był słynny w czasach wiktoriańskich, ale stosunkowo duży spadek biegu* sprawił, że powstało tu ponad 90 turbin wodnych, napędzających urządzenia od farbiarń bawełny i skóry po prochownie i zakłady tytoniowe, co doprowadziło do ogromnego zanieczyszczenia i ‘zakolorowania’.
W 1995 Thames Water wystartowała z wielomilionowym programem oczyszczania (po skandalu pęknięcia rury i wytrucia tysięcy wcześniej zadomowionych ryb). Ostatnie zarybianie (w tym pstrągiem) odbyło się w 1996 i właśnie można podziwiać – nawet trzyfuntowe – efekty tej akcji. Efekty pointowane przez ekologów: ‘and it can only get better’. By nie było zbyt różowo – entuzjaści rewitalizacji narzekają na wyrzucane śmieci, zwłaszcza wózki supermarketowe.**

Na trudności życiowe nie mogą uskarżać się ani londyńskie szare wiewiórki – zwane czasem (z odcieniem irytacji) szczurami drzewnymi – ani szczury jako takie.
Pierwsze (przywiezione jako ciekawostka z Kanady) wyparły europejską rudą wiewiórkę i panoszą się w tej niesłychanej niszy ekologicznej, jaką są pełne turystów i sentymentalnych spacerowiczów parki, lasy i ogrody Wyspy.
Drugie – dzięki brytyjskiemu marnotrawstwu, bałaganiarstwu i braku wysiłków w kierunku utylizacji biomasy – nigdy i nigdzie nie miały lepiej. Rządzą w kanałach (jak u Andersena), ale też w metrze, piwnicach rezydencjalnych i restauracyjnych (liczba gwiazdek nie gra roli).
O pladze mówiło się głośno 2 lata temu, teraz ucichło (myślę sobie złośliwie: ceny domów poszybowały tak niebotycznie, iż zbyt częste przypominanie nowym właścicielom, jakich to lokatorów znajdą w swym wymarzonym property, równałoby się niszczeniu resztek narodowego feel good factor – tak nadwątlonego ostatnio serią porażek sportowych).
Niedawno widziałam dorodne szczury w reprezentacyjnych Kensington Gardens. Baraszkowaly nad jeziorem Serpentine obok głównej alejki, w okolicach pomnika Peter Pana. Szare wiewiórki znoszę, na widok szczurów ciarki mnie przeszły po plecach…

22 lipca, piękny wieczór, koło dziewiątej. Koleżanka i ja idziemy na spacer ku Tamizie: od Battersea Bridge północnym jej nabrzeżem aż po (już oświetlony) Albert Bridge, dalej mostem na drugi brzeg z zamiarem przejścia południową stroną przez Battersea Park i powrotu na nasz brzeg mostem Chelsea. Huk, jak to w Londynie: górą ryczą podchodzące do lądowania na Heathrow samoloty (za jednym uniesieniem głowy można się doliczyć siedmiu-ośmiu; jedenaście lat temu cztery wydawały mi się dużą liczbą), na rzece hałasują goszczące imprezowiczów i turystów statki, na samym moście i skrzyżowaniach wokół niego ruch też spory… Przed nami ambitniejąca zabudowa południowego brzegu, park Battersea z charakterystyczną pagodą, nieco na lewo straszące jednych a fascynujące innych cztery ogromne kominy nieczynnej od dawna Battersea Power Station (tło dla właśnie rozświetlającego się tyleż kiczowatymi, co urokliwymi żaróweczkami Chelsea Bridge)… I nagle w tej scenerii, w chwilowej, spowodowanej światłami drogowymi ‘ciszy’, pojawia się niespodziewany element – na Most Alberta wbiega z zarośli Battersea Park lisek. Przebiega na drugą stronę ulicy, gdzie go chyba coś płoszy, bo decyduje się wrócić – prawie pod kołami nadjeżdżającego stada taksówek. Niemiejemy z zaskoczenia i zachwytu…

___
* ‘100 ft in its nine-mile course’ The Independent, 20July04
**‚I am sure the supermarket trolley is becoming an indigenous species and will eventually breed’ – The Independent (którego tekścik jest podstawą pstrągowej historyjki) cytuje wędkarza i ekologa Alana Suttie.

©BM 24July04

Advertisements

komentarze 2 to “Wildlife in Central London… not quite wild, actually”

  1. Na lwy by… « przelotnie-pobieżnie-przejściowo Says:

    […] O dzikości… nie, nie serca… raczej o dzikich sercach bijących w zaskakujących zakątkach Centralnego Londynu. Już było… […]

  2. Lis w wielkim mieście | przelotnie-pobieżnie-przejściowo Says:

    […] cywilizację aktywny ludź ma do czynienia od dekad i nawet repetytywnie. Na początku daje wyraz co poniektórym olśnieniom, potem się (mu to) znudza. Lecz przedwczorajszy close […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: