Those elusive two: image projections and feel-good factor

1 czerwca 2009

Pocztówka znad Tamizy 20/2006

Jakiż kontrast ze sportowym zeszłym rokiem!
Najpierw blamaż w Mistrzostwach Świata. Blamaż w stosunku do oczekiwań, możliwości, gaż i noszonych koszulek ‘złotej piłkarskiej generacji’ w ojczyźnie futbolu. Kontrast zdumiewającej nieodporności psychicznej rutyniarzy-Anglików z żelazną konsekwencją młodej drużyny gospodarzy czy niewiarygodnym powstaniem z popiołów francuskich weteranów. I marnym pocieszeniem jest los ‘grającej pięknie jak nigdy i kończącej jak zawsze’ Hiszpanii…
(Nb, Polacy pracujący w naszym akademiku próbowali ‘perswadować’ Hiszpanom, że ‘my też’ odpadliśmy…)

Portugalia odsyła więc do domu Rooney’a i kolegów, co uruchamia falę okrutnej krytyki – głównie pod adresem trenera i kapitana. Obaj rezygnują.
Trwa tymczasem Wimbledon – turniej w Mekce tenisa. Od lat nie wygrał tu Anglik ani Brytyjczyk, nad czym punktualnie i chóralnie lamentują media. Tryumf Szkota Murray’a byłby jakimś pocieszeniem po German campaign. Niestety, Andy odpadł wcześnie i Wyspiarze nie mieli nawet tyle satysfakcji, ile trafiło się pewnemu a-tenisowemu narodowi z powodu dzielnej nastolatki spod Smoczej Jamy.

Rugby, krykiet… lepiej nie wspominać. Degrengolada, kontuzje, przerost gwiazdorstwa nad formą. Jedynym jaśniejszym punktem było zdobycie końskiego mistrzostwa świata przez królewską wnuczkę (córkę wybitnych dżokejów). Babcia – wciąż aktywna miłośniczka koni – ‘jakoś przeżyła’ transmisję…

Zniesmaczeni skłonnością polityków polskich (w tym np. byłego prezydenta) do sytuowania się w kontekstach Małysza, siatkarek, piłkarzy – powiedzmy wszak, iż jest to trend ogólnoświatowy. I na dobrą sprawę szydzić można tylko z tych delikwentów, którzy budzą się do miłości do sportu i sukcesów (a zwłaszcza tych ostatnich) dopiero na urzędzie. Cóż – nawet, jeśli w życiu nikomu i niczemu się nie kibicowało – teraz nie można uniknąć podejmowania i spotykania ludzi podziwianych przez masową publiczność. Tejże publiczności ‘delegatów’ (może najbardziej autentycznych i wymiernych) do krainy ciężkiej pracy, pokonywania trudności, wychodzenia z nizin, szlifowania umiejętności i formy, sukcesu i światowości.

Delegowanie masowych aspiracji i marzeń odbywa się, co prawda, także w obszarach muzyki pop, seriali mydlanych, popularnych romansideł ‘urlopowo-podróżnych’, itp. — ale tu sukces i happy end (podmiotowy i przedmiotowy) zależą zbyt często od układów, natrętnej promocji, łutu szczęścia, by można było traktować te dziedziny ludzkiej aktywności inaczej, niż bajeczki dla rozleniwionych, zgnuśniałych dzieci.

Co innego sport. I tu mamy wprawdzie marketing (plus gorsze typy wspomagania), agentów i super-hype, (autobiografie ‘wydali’ ostatnio tak uznani wirtuozi pióra jak Stephen Gerard (Liverpool), Frank Lampard (Chelsea) i Wayne Rooney (ManU)).
Ale przychodzi jednak czasem chwila prawdy. W postaci volley’a Zizou (05.’02, finał LM)… Albo tegoż geniusza headbutt (9.07.’06). Autentyczność obu wydarzeń nie do podrobienia. I nie do zagłaskania przez legion agentów i asystentów. (Choć ‘post-headbutt Zizou’ pokazuje, że spin-em można wygładzić nawet najgorszy obrót spraw… nie żeby ten akurat spin zmartwił zakochaną w swym francuskim idolu BM; tak czy owak – po szoku i trudnościach z zaśnięciem owej lipcowej nocy – zapamięta ona raczej volleys niż headbutts).

Kokietowanie i uwodzenie sportowców przez polityków jest w Polsce mniej umiejętne i o wiele bardziej niemrawe, niż w UK. Bo też niewiele u nas długotrwałych gwiazd boiska, bieżni czy stoku. Tylko tu i ówdzie rozbłyśnie spontanicznie współweselenie się z osiągnięć bliźnich. Nie jest też naszą cechą narodową mocna głowa – bardzo umiarkowany sukces, zamiast mobilizować, przewraca w wielu łepetynach. A szkoda, bo statystyczny Polak, wychylający nos za granicę na parotygodniowy urlop, nie zdaje sobie sprawy, do jakiego stopnia sukcesy sportowe przekładają się na prestiż kraju. Pomagając nie tylko przebywającym na obczyźnie, ale i na miejscu (inwestycje, turystyka, nawet większy odzew społeczności międzynarodowej w momentach katastrof czy klęsk żywiołowych).
Polska bardzo potrzebuje tej międzynarodowej sympatii i celnych ambasadorów jej niewątpliwego sukcesu. Tym bardziej, im intensywniej nasi włodarze robią wszystko, by jej wizerunek nie wyszedł poza stereotyp pól z konikami i bocianami (okalających niefunkcjonalne miasta pełne aktualnych nacjonalistów i potencjalnych złodziei samochodowych).

P.S. 11.10 pomyślałam smutno, że pasjonaci piłki (z Korei, Włoch, Hiszpanii…) znów będą ubolewać, iż Polacy raczej chodzili niż biegali po boisku. A tracąca z każdym dniem resztki manier Portugalka G jeszcze bardziej napęcznieje dumą ze swej (rzadko odwiedzanej) ojczyzny.
Meczu nie widziałam. Ale po odczytaniu chorzowskich ekscytacji zrobiło się jeszcze promienniej, niż w inne poranki tego złocistego miesiąca. Feel good factor… i jak się tu nie uganiać za sportowcami?!…

©BM, July06-12Oct06

Reklamy

Terrible Twins (and related)

31 Maj 2009

Pocztówka znad Tamizy 19/2006

Gdy dwa lata temu zaczęli Państwo pytać, co i jak mówią media brytyjskie o naszych sprawach (rząd Belki, zbliżające się wybory, itp.) poczułam się jak Tomasz Lis, wspominający (w Nie tylko fakty) największą bolączkę pobytu w Ameryce – wołanie szefostwa o ‘zagraniczne echa’ (powiedzmy, pierwszej podróży A. Kwaśniewskiego do Waszyngtonu).
Odpowiedź, jakiej średnio rozgarnięty obserwator udzieli po miesiącu pobytu w dowolnym liczącym się kraju jest brutalna: ‘ech’ na ogół nie ma – bo być nie może. Polska jest średnim powierzchniowo – wciąż słabym gospodarczo, cywilizacyjnie, konsumpcyjnie, turystycznie – państwem europejskim.
Na kolanach do Kalwarii idźmy, że najboleśniejsze przemiany przypadły na czas światowego wzrostu gospodarczego. I że Pan w miłosierdziu swoim posłał wtedy hardemu, niewdzięcznemu, szybko demenciejącemu narodkowi paru sensownych przywódców. W tym – profesora, who knew a thing or two about economy and economics, and who just took the risk. Dopuścił też Pan – dla równowagi i nie popadnięcia w zbiorowy triumfalizm – hordę bezmyślnych warchołów, zapiekłych zawistników, węszycieli spisków i wszelkiej maści paranoików, zgodnie zresztą z naszą wielowiekową tradycją. (Przejście Polaków przez Morze Czerwone Karczmarskiego wciąż mocne). Cud, że obecny kociokwik nie wylągł się deczko wcześniej i jakoś wpleźliśmy do NATO i UE. Stąd szansa poterminowania w roli państwa pieczołowicie budującego swój autorytet wśród narodów Europy. Pamiętającego o statusie ‘na dorobku’, gdy no news is good news. I o ryzyku ześlizgnięcia się do pozycji, jeśli nie Białorusi, to Ukrainy lub Argentyny.

I oto nastał Rok Pański 2006, gdy materiału dla ‘ech’ jest tyle, że starczyłoby (przemiennie z losami starszych i młodszych Polaków w UK) na codzienny tekst. Ale znów nie jestem do końca happy
Poprzedni akapit, a w nim osobisty i ekspresowy kurs najnowszej historii Polski, podszepnął już Państwu, że może mnie nie być wśród wielbicieli obecnej ekipy. Ani nawet – wśród rozumiejących, o co jej chodzi i – zwłaszcza – jakimi środkami chce to osiągnąć (i czemu takimi). Powiększa się za to (przyprawiajac o zimne poty) wrażenie całkowitej obcości pojęć, metod, wrażliwości. Oraz uczucie dejavu: skąd ja znam ten język, frazeolo, klimaty?…

Już wiosną 2005, gdy tygodniki opinii przypomniały i zsumowały dorobek życiowy Braci, utwierdziłam się w przekonaniu, że ten rodzaj populizmu jest groźniejszy od lepperowskiego czy giertychowskiego, miedzy innymi poprzez swą prawniczą legitymizację i socjotechniczne sztuczki, w trakcie których (i po) ‘jaka była w nich trucizna najlepszy spec się już nie wyzna’. Świadome pomieszanie złego i dobrego zawsze grozi wybuchem. A częściowo-słuszna diagnoza zda się psu na budę, jeśli terapia zaserwowana w jej następstwie doprowadzi do wyniszczenia organizmu.
Ostrzegłam kogo mogłam, niektórzy posłuchali…

Co dyskwalifikowało i dyskwalifikuje PiS jako propozycję modernizacyjną dla Polski?
~lekceważenie potrzeby promocji społeczeństwa obywatelskiego (gorzej – rozmyślne i perfidne podważanie autorytetu wielu obywatelskich instytucji, które z takim trudem ukształtowaliśmy)
dalej – w kolejności, w jakiej zagadnienia przychodzą mi na myśl –
~podjęcie się misji tworzenia rządu bez kadr gospodarczych (i programu), niezrozumienie gospodarki i rynków przez Braci
~ogólne braki kadrowe (gęby, jakie siadły na stołkach poznaliśmy w międzyczasie lepiej)
~obsesja układów i spisków, wizja człowieka jako istoty słabej, złej, knującej i podejrzanej, nad którą trzeba sprawować kontrolę (im ściślejszą tym lepiej)… i rozliczać, rozliczać, rozliczać
~danie upustu bliźniaczej fiksacji (wszyscy są przeciw nam, ale nas jest przecież dwóch!)
~niszczenie wątłej kultury prawnej i ogólnodemokratycznej, instrumentalizacja prawa
~ubliżanie wszystkiemu i wszystkim
~samowywyższanie się ‘moralne’, nadmiar bozi, kraju malowanego zbożem rozmaitem i innych odświętnych pojęć w retoryce
~nieinicjowalnie najważniejszej obecnie dyskusji: o pozyskiwaniu i wykorzystywaniu unijnej kasy
~odwracanie kota historii do góry ogonem (kot Prezesa ma się dobrze, miejmy nadzieję), atmosfera przyzwolenia na opluwanie nieżyjących
~prywatne vendetty, syndrom oblężonej twierdzy i prawo do odegrania się (załatwimy cię!)
~szkodliwe propagowanie kultu wodza i czyściciela (regres do bolszewicko-azjatyckiego schematu – por. kult batiuszki Putina)
~podgrzewanie atmosfery i obarczanie innych winą za efekty, emocjonalizm i ‘chlapanie’ głupstw
~niezdolność do wypowiedzenia słowa ‘przepraszam’, wycofania się z lapsusu czy błędu
~ataki na inteligencję i kształcących się, prokurowanie wielu stawów mętnej wody, nieustanne wkładanie kija w mrowisko (krzycząc o ‘stabilizacji’ – cokolwiek by to miało oznaczać)
~anachroniczna wizja dyplomacji i stosunków Polski z sąsiadami
~brak kadr do prowadzenia polityki zagranicznej, niszczenie i alienowanie tych, które są
~igranie (jak z ogniem) ze specsłużbami i ludźmi tam pracującymi, już zwolnionymi albo zwalnianymi (skandal i nieprofesjonalizm, który może się zemścić i na Polsce i na ‘czyścicielach’)
~‘to lipa, ale gramy w to, bo ciemny lud to kupi’
~Gosiewski, Giżyński, Dorn, Lipiński, Suski, Wasserman, Zawisza, Kamiński, Bielan, Cymański, Mojzesowicz… (kolejność przypadkowa)
~Jacek Kurski
~zarzucanie opozycji i mediom, iż czynią, co jest psim obowiązkiem tych instancji (krytykują)
~kradzież słowa ‘solidarny’, manipulacje ważnymi pojęciami (liberalny, elity, negocjacje, korupcja);
~nieumiejętność wyjścia w swych agitkach poza schematy IIIRzeszy, Gomółki, Gierka i Jaruzelskiego
~narzucenie konfrontacyjnego stylu debaty publicznej (udziela się nawet dotychczasowym gołąbkom)
~wypchnięcie na urząd prezydenta człowieka bez potrzebnych na tym stanowisku: charyzmy i niezależności, bez języków, bez umiejętności nawiązywania kontaktu z ludźmi i bez podstaw arbitrażu, nie wstydzącego się swej stronniczości, który na dobitkę nie potrafi przeczytać przemówienia powitalnego przed papieżem
~ …… …… …… …… …… …… …… ……..

Zirytowanych wyborców PiS (komputer stale mi poprawia na ‘pis’ – może i ma rację; ciekawe, kiedy przerzuci się na piss [off]?) – rozchmurzy może informacja, iż niniejszą pocztówkę piszę od końca lipca. Skończyć nie mogę a raczej nie mam zdrowia, bo, ilekroć myślę: ‘teraz to już dno’ — wydarzenia pokazują, że da się zejść niżej (i w muł bardziej mazisty). Może to tylko ilustracja znanej prawidłowości, że upadek z wysokiego konia bywa efektowny. Upadek z pokracznych szczudeł, z których pokrzykiwano na innych, nie opanowawszy podstawowych zasad równowagi, jest dla cyrkowców w pełni zasłużony.
I jeśli reszta przy tej okazji trochę zmądrzeje – skórka byłaby może warta wyprawki… (ceną-minimum – roczna stagnacja modernizacyjna kraju).
Ale o Kaczyńskich i otaczających ich ludziach wiedzieliśmy prawie wszystko – a mimo to wystarczająca liczba wyborców dała im przepustkę na salony. Więc kto może wykluczyć kolejne uwiedzenia?… ‘Myśmy wszystko zapomnieli’.

Podekscytowanie rozwojem spraw polskich dopada mnie raz po raz i przeszkadza w objaśnianiu zaciekawionym osobom i instytucjom naszych detali, smaczków, dziwactw – czego z braku miejsca i z powodu odmiennej konwencji nie robią tzw. dalekopisy (wszędzie pis!)

Do dzisiejszego poranka (27Sep) radziłam sobie jakoś i próbowałam tłumaczyć Prezydenta, Premierów, Lidera Parlamentu, Ministra Sprawiedliwości mojego kraju. Niektóre pytania (tak w rozmowach osobistych jak i zawodowych) były skrajnie niewygodne dla kogoś, kto zna tutejsze przesiąknięcie kulturą demokratyczną i sposób myślenia demaskujący w lot każde nadęcie, niespójność i niedorzeczność. Ten brytyjski kult no nonsense w polityce: autoironii, poczucia humoru, umiejętności zmieniania stylu wypowiedzi w zależności od potrzeby (decorum), znoszenia przeciwności i krytyki z klasą, lekkości i polotu – sprawia, że Kaczyńscy i ich ekipa są dla tubylców zjawiskiem z Marsa albo równie odległego porządku. I nigdy dość przypominania rozmówcom liczby wyborców, którzy na nich zagłosowali. W przeciwnym razie lud miejscowy pomyśli, że wszyscy Polacy to paranoidalne, kłótliwe nadęciuchy (przyswajam sobie twórczo modne formacje słowotwórcze…)

Dziś, po odsłuchaniu nocnych rewelacji, komentarzy, konferencji prasowych (z ‘ubekistańskiego’ TOKFM) znów musiałam powiedzieć ‘pas’. Po raz drugi od marca, gdy Leszka Balcerowicza mieszano z błotem w polskim Sejmie. Znów nie da się natychmiast wyciszyć, popatrzyć z jednej i z drugiej strony. Znów górują: przerażenie, oburzenie, utrata nadziei…
Jak to dobrze, że Brytyjczycy na razie nie zgłaszają się po opinie.

©BM, 21July-13Aug-27Sep06

„„„„„„„„„„„„„„„„„„„`
Amsterdam. Nie zdążę już dołączyć do panoramiczno-emocjonalnego wstępu proporcjonalnie obszernego rozwinięcia. To znaczy:
1º szerokiego samplingu wątpliwości rozmówców,
2º moich (pomysłowych) prób tłumaczenia posunięć Braci i ich ludzi,
3º bogatych cytatów z mediów.

Zatem tylko dwie próbki.

O dymisji Marcinkiewicza i nominacji JK na stanowisko szefa rządu napisał szerzej Times: ‘Terrible twins’ take power and declare war against EU liberals (20July).
Dalej (lead): They oppose homosexuality, suspect foreigners, are almost telepathic and promise to defend their culture. Poland’s new leaders are setting off alarm bells.
Ciekawsze sformułowania:
‘the most bizzare political partnership in Europe’ ‘JK will accentuate the country’s status as one of the most awkward members of the European Union’ ‘[the twins are] homofobic, intolerant, ultranationalist and always eager for a scrap with Poland’s neighbours’ ‘unprecedented concentration of power (Tusk)’ ‘polarisers with a destructive energy […] always suspecting people, always involved in intrigue (Walesa)’ ‘look-alike rulers have occured only in fiction, such as Antony Hope’s The Prisoner of Zenda or in Hollywood films’ ‘[the twins] are famed for their fractiousness’ ‘the only way to distinguish them is by a small mole to the left of Lech Kaczynski’s nose and the cat hairs on Jaroslaw’s Kaczynski’s clothes’ ‘When a Berlin newspaper recently mocked their relationship to their mother, Lech Kaczynski demanded an apology from the German Government, compared the article to the ravings of Der Stuermer, a Nazi-era newspaper, and refused to attend a meeting with Angela Merkel and President Chirac’ ‘Neither twin is keen on foreign countries. Lech Kaczynski proudly declared that his experience of modern Germany is limited to the lavatories of Frankfurt airport’ ‘The key may lie in the 45 minutes that separated the births of the brothers. Jaroslaw is the older, dominant twin – the strategist and plotter. Lech is more gregarious but also more submissive. Sometimes he will pick up the phone before it rings, knowing that his brother is calling.’ [koniec]

Independent nie pofatygował się pod koniec lipca w ogóle… (wcześniej dał rzeczowy, średniej wielkości tekst: ‚Twins take top jobs in Polish politics after premier quits’, 8July)
Teraz szeroko oświetla warszawskie rewelacje (podobnie czynią inne, jakościowe dzienniki).
Poland ‘s ruling coalition rocked by allegation of corrupt dealings (28Sep)
‘second political crisis in a week’ ‘senior aide to the PM was filmed secretely offering financial and political inducements to persuade an MP to swich political parties’ [mind you – not secretely filmed but secretely offering, BM] ‘the row is likely to deal a fatal blow to the beleaguered government led by JK’ ‘last week the PM – whose twin brother, Lech, is Poland’s president – unceremoniously sacked the deputy premier Andrzej Lepper, leader of the ultra-nationalist Self-Defence party. The acrimonious row broke apart the coalition and deprived Mr Kaczynski’s Law and Justice party of its parliamentary majority’ ‘The drama, which engulfed Warsaw yesterday, emerged from efforts by Law and Justice to lure enough MPs from rival parties to stay in government’ ‘Footage of the encounters, in a hotel room next to the parliament building in Warsaw, was being screened all day on Polish television yesterday’ ‘’ ‘more damaging, […] he [Lipinski, BM] discussed paying off a penalty of 500,000 zlotys (£85,000) which Self-Defence has forced its MPs to promise they would pay if they quit their party’ ‘’ ‘Even before the revelations, Mr Kaczynski faced a difficult task in trying to cobble together a new coalition, and many believe such a prospect is now impossible’
‘Nationalists, eurosceptic and noted campaigners agains gay rights, the Kaczynski twins have made few friends in European capitals. However, yesterday’s convulsions will be seen as further evidence of political instability in the EU’s new, eastern countries, following last week’s riots in Hungary.
In its short life the government has been no stranger to drama. Earlier this year President Lech Kaczynski sacked his initial Prime Minister, Kazimierz Marcinkiewicz, and installed his twin brother; breaking a pre-election pledge not to concentrate Poland’s two most powerful political jobs in the hands of one family’
[koniec]

Ręce opadają (zaczynają uderzać za mocno w klawiaturę). Wymarsz do Rembrandta!…

©BM, 1Oct06

High tides, low tides… and an odd flood

1 kwietnia 2009

Pocztówka znad Tamizy 18/2006

Miłośnicy East Enders pamiętają z pewnością czołówkę tego ‚kultowego’ serialu: areal view of London z wijącą się wstążką Tamizy. Podobnie płynie przez Paryż Sekwana. Takie tereny od wieków sprzyjały osadnictwu, ale zakola dużych rzek były też – bardziej, niż proste nabrzeża – narażone na dobrodziejstwo inwentarza, powódź. Których było w historii Londynu parę. Living memory przechowuje jedną – z 1953 (dotknęła wschodnią Anglię i część stolicy, zginęło 140 osób).
Klęska sprowokowała dyskusję o zabezpieczeniu miasta przed przyszłymi nieszczęściami tego typu. Grudniowy Wielki Smog 1952 zabrał życie ok. 4000 osób i też ‘pomógł’ podjąć ważne decyzje (Clean Air Act). Londyn zaczął się przekształcać w miasto postindustrialne. W analogicznym okresie ówcześni władcy Polski nie zdążyli jeszcze zadecydować o połowie obłąkańczych hut, kopalń, cementowni i innych zakładów chemicznych… a miał przyjść kacyk, dla którego szablonem nowoczesności dla Polski była północna Francja z lat trzydziestych (Nord to parias cywilizacyjny Słodkiej i Heksagonalnej).

Dla niektórych Londyn wciąż równa się mgła… tak się naczytali Sherlocka Holmesa. Ja doświadczyłam tu całodziennego ‘mleka’ tylko raz w życiu – w listopadzie 98… Późno-listopadowego (albo i wczesno-grudniowego) wieczora usiłowałam wytłumaczyć monachijskiej współlokatorce (z pd Polski), jak się z ową mgłą uporano. I że fajerwerki Guy’a Fawkesa widać z Crystal Palace w promieniu kilkudziesięciu mil: od Croydon po Hampstead Heath i Wembley (5.11- pamiątka wykrycia i unieszkodliwienia ‘katolickiego’ Gunpowder Plot). M posłuchała, pokręciła głową i rzekła ‘a ja i tak tam nie chcę jechać, bo tam jest ciągle mgła’. Cóż, listopad dla Polaków niebezpieczna pora.

Ale niewielu nie-bywalców pamięta o powodziach. Albo o regularnym zalewaniu ulic, ogródków i skwerów.
Bo Tamiza w Londynie ma tę dodatkową atrakcję, że jest bardzo blisko swego lejowatego ujścia. Niewiarygodne, jak ta krótka i niepozorna (np. w Oxfordzie) rzeczka, puchnie w samym Londynie. I jak bardzo potrafi się podnieść i opaść w ciągu paru godzin (czasem – parunastu kwadransów). Wielu nieobznajomionych z pływami uwiodły atrakcyjnie wyglądające plaże; jeśli dotarli podczas niskiego poziomu wody na bardziej zachęcające pebbles (nie poślizgnąwszy się na zdradliwym nabrzeżu lub podłożu), zastali tam mokry, oślizgły teren i wiele ‘znalezisk’ – idealne pole dla poszukiwaczy metali i innych skarbów, mniej ponętne dla amatorów kąpieli słonecznych. Niestety, niemożliwe jest zorganizowanie nad Tamizą plaży miejskiej podobnej do ‘celebrowanej’ paryskiej La Plage.

Niedawno zapowiadano wyjątkowo wysokie high tides. Miało to związek ze współwystąpieniem paru czynników (pełnia, bliskość równonocy i coś tam jeszcze). I z faktem, że Ziemia jest elipsoidą obrotową a nie ganz-regularną kulą. Prognozy sprawdziły się co do joty, a ja miałam okazję do traperskiej przeprawy w samym środku miasta (Barnes, okolice rezerwatu Leg’o’Mutton). Ze zdjęciem butów, czyli prawie tak atrakcyjnie, jak zdarza się w Grupie Jaworzyny czy Beskidzie Niskim (przepraszam polskie góry za niestosowne skojarzenia). Było upalne sobotnie popołudnie i rzeka zabawiła się z licznymi spacerowiczami, joggerami oraz rowerowiczami. Dokładniej – przycisnęła ich do muru St Paul’s School. Konni policjanci też brodzili przez tę wodną ścieżkę, wzbudzając radość dzieci, i bez tego mocno podekscytowanych. Dzień później – po drugiej stronie – widziałam podtopione auta (co na to ich katalizatory?) i lepki muł, który miejscami dotarł wysoko i daleko. Ale, mimo regularnego wdzierania się wody pod progi, Chiswick to bardzo pożądany rejon na zakup ‘lepianki’. Chiswick Mall jest obłąkańczo droga, a wygląda, jak na załączonym obrazku: dom (z widokiem na śmierdzącą rzekę), zaraz pod nim zalewana regularnie ulica. Po której trzeba zresztą wolno jechać, bo stale łażą spacerowicze (stupid cows – mawiała pewna Irlandka, absolwentka convent school); pomiędzy rzeczoną ulicą a rzeką – kawałek własnego ogródka (podwyższony, więc rzadziej zalewany). Zazwyczaj trawnik, lecz bywają i prawdziwe hortikulturalne szaleństwa.

Zaporę przeciwpowodziową Thames Barrier – zainspirowaną powodzią’53 a odtrąbioną w 1965 roku – ukończono na początku lat 80-tych. Odtąd uznawana jest, zwłaszcza w kręgach inżynierskich, za niemal-ósmy cud świata. A za must see – wśród koneserów Londynu. Pewien warszawski architekt, ilekroć przychodziło mu się zdumieć, że tyle rzeczy zdołałam zobaczyć w UK (mimo braku czasu i ograniczonych środków), konkludował zawsze z udawaną złośliwą satysfakcją: ‘ale Thames Barrier jeszcze nie widziałaś’. Dodając słodko, jakby perswadował coś upartemu dziecku: ‘musisz tam w końcu dotrzeć, Basiu, to niedopuszczalne by taaaka turystka i ekspertka od Wielkiej Brytanii nie widziała takieeego cudu techniki’. W którąś listopadową niedzielę ‘98 już jechałam, ale coś mnie zwiodło po drodze na manowce…

I oto trzy tygodnie temu, potwierdzając znajomej, że będę, jak obiecałam, o pierwszej na afternoon tea, usłyszałam: ‘świetnie, pogoda jest super, przejdziemy się do Woolwich, do Thames Barrier’. Mieszkając w Charlton, P ma równie blisko (dla Polaków – daleko) do Millenium Dome i David Beckham Academy, jak do Bariery. Poszłyśmy, zobaczyłyśmy. P zdumiona, że tak pięknie uporządkowano ścieżkę-chodnik nad Tamizą. Znów milenijne sprzątanie! Jest nawet marina. Wspomniana Akademia Beckhama wyrosła nieco później, zresztą w parę tygodni.
Wschodni Londyn i jego niesamowici mieszkańcy zasługują na szersze uhonorowanie… P mówi, że będzie jej bardzo brakować tych postindustrialnych klimatów, gdy się już wyniesie z L na emeryturę na wymarzoną farmę. (Najpierw jednak jej dom musi pójść w górę na tyle, by kupno ziemi i zagrody – na spółkę z bratanicą – było możliwe. Stąd obecna akcja ‘dodatkowa sypialnia’ (z dużej łazienki): koszt 12,000, wzrost wartości – 45,000. Stąd nadzieja, że – z powodu Olimpiady 2012 – ceny domów w rejonie Greenwich jeszcze wzrosną).

Sama Barrier jest oczywiście godna swego rozgłosu. Lśniła pięęęknie w pierwszowrześniowym słońcu. A o technikaliach przeczytają Państwo na: touruk.co.uk/london_sights/thamesbarrier…

Bariera ma ‘gwarancję’ do 2030 roku. Dotąd użyto jej ponad 20 razy. Tylko. Lecz alarmujące prognozy (na podstawie obserwacji topienia się terenów arktycznych) wskazują, iż już niedługo usłyszy o niej częściej świat nie-architektów. Mamy 10 lat na uratowanie planety – i tym razem nie wygląda to wszystko na histerię kilku nawiedzonych uczonych i zielonych. Londyn zmobilizował się dla rozwiązania lokalnych bolączek ekologicznych (smog, czystość wód, powodzie lokalne), ale przeciwdziałanie global warming wymaga światowego konsensu. O co, jak wszyscy widzimy, trudno… nawet w obrębie cywilizowanego myślenia o dobru wspólnym. Więc global warnings swoją drogą a In Barriers we trust swoją…

A jeśli to nie wystarczy? Mam nadzieję, że nie będzie mnie wtedy wśród spacerowiczów nad Tamizą.

©BM 22Sep06

Fat: the issue of class, the issue of freedom

31 marca 2009

Pocztówka znad Tamizy 17/2006

Pamiętają Państwo, co najbardziej miały za złe Monice Lewinsky amerykańskie chattering classes? – Oczywiście, nie samą – toe curling – historię w Gabinecie Owalnym. Także nie cashing on it. Ale to, że a nice middle class girl, White House intern and finally a celeb, couldn’t help but to put on weight. (Już w trakcie furory medialnej, rzekomo wskutek presji – tzw. comfort eating).

Tak – im bardziej rozprzestrzenia się epidemia otyłości, tym bardziej ostracyzowani są ci, którzy jej ulegają.
Kiedy ponadnormatywne gabaryty były rzadkością, traktowano problem jak smutną ciekawostkę, z odcieniem współczucia dla nosicieli (będą chorzy, nie doświadczą frajdy powspinania się na Great Gable, ani intensywnej gry w tenisa).
Ale gdy zjawisko stało się banalne – wypłynęło brutalne ‘mni zryć’. Z równie mało delikatnym wypominaniem ponadprzeciętnego obciążenia dla podatnika.

Znaczące nasilenie fattie-bashing troszkę zaskakuje w społeczeństwie wytresowanym w poprawności politycznej i normach współżycia (oraz przyzwyczajonym do wszelakich ekscentryzmów). Niektórzy alarmują – fattism (sizeizm) staje się na naszych oczach nowym sposobem dyskryminacji: w ludzi wstąpiła odwaga piętnowania nie tylko grzechu, ale i pojedynczych grzeszników.
Niby to bardziej fair, niż uprzedzenia i ataki z powodu koloru skóry, narodowości, wyznania, płci czy wieku. I niektórzy z satysfakcją ogłaszają, że od dawna czekali na tę zmianę nastrojów: Jak to, można było w biurze powiedzieć do najszczuplejszej (przy okazji ostatniego kawałka tortu) – ‘ty zjedz, tak marnie wyglądasz’, a nie można do najbardziej puszystej – ‘ale ty to może jednak nie powinnaś?!’. Już korygujący linię mieli trudniej (jak wbić takiemu dwie-trzy szpile – w jednym zdaniu współrzędnie złożonym: ‘kiepsko ostatnio wyglądasz, czy wszystko w porządku? – ale cieszę się, że schudłaś; ostatniej zimy to jednak… nie chciałam mówić ale martwiłam się już trochę’).

Common wisdom głosi, że otyli nie są wiarygodni w coachingu, terapiach (także spowiadaniu, ale ono tu w zaniku) czy PR. I wszędzie, gdzie jaskrawo widać okrucieństwo porzekadła ‘lekarzu, ulecz samego siebie’. Mogą mieć kłopoty na niższych i średnich pozycjach w bankowości i finansach oraz w hospitality (stewardessy wiedzą o tym od dawna). Nie dostaną pracy tam, gdzie trzeba szybko i zwinnie biegać (np. w maleńkich kafejkach). Z trudnością w miejscach, gdzie liczy się pierwsze wrażenie i wizerunek firmy czy autorytet (ostatnio widziałam otyłą dziewczynę w mundurze ochrony National Maritime Museum – faktycznie, wyglądała groteskowo).

Od dawna wiadomo, że stereotyp rubasznego, roześmianego i życzliwego bliźnim grubaska jest idealizacją; równie często są to dziś ludzie znerwicowani, zmęczeni wagą i kolejnymi próbami jej zrzucenia, drażliwi, a w związku z ostatnim skłonni do procesowania się o bullying, mobbing, itp. Dlatego lepiej nie robić sobie kłopotów a w razie narastania problemu w trakcie trwania zatrudnienia – zwolnić pod pierwszym wiarygodnym pretekstem. Taka jest ponoć praktyka myślenia w competitive businesses (nikt się nie przyzna do jej stosowania, każdy potwierdzi jej sensowność).

Człowiek z poważnym zawodem i statusem na otyłość nie może sobie pozwolić. Nie-panowanie nad wagą jest uważane za sygnał utraty kontroli nad wieloma innymi sprawami (jakość małżeństwa, kariera, atrakcyjność towarzyska). Klasa średnia zaczęła się obawiać ‘zabalonowania’ niczym choroby zakaźnej. Niedawno usłyszałam od znajomych taką mniej więcej frazę: ‘Szukamy au pair albo nanny; do niedawna przychodziła córka sąsiadów… nawet niedrogo, ale zaczęła tyć i musieliśmy się jej pozbyć by nie dawała złego przykładu dzieciom… poza tym mocno podjadała (a kupujemy drogie rzeczy organiczne), więc w sumie przestało się to opłacać’.

Jest grupa traktująca najnowszy problem narodowy podobnie, jak polskie święte niewiasty, przyrzekające dożywotni wstręt do alkoholu by odpokutować za parę milionów alkoholików (bo chyba nie mają złudzeń, że totalną abstynencją wyprowadzą kogoś z uzależnienia… czy nauczą pić z umiarem). Analogicznie tu – słyszy się o ludziach tak przerażonych obrazem współziomków na włoskich czy francuskich plażach, że od wczesnej wiosny, w aurze misji narodowej, pozbywają się dwóch-trzech zbędnych kilogramów po to, by w jakiejś Prowansji czy Toskanii ‘zobaczyli’, że Brits to nie tylko bezkrytyczne grubasy w tanich kostiumach kąpielowych. Jeszcze nie zginęła ambicja w narodzie – plebejscy Amerykanie nie wstydzą się ponoć żadnej kategorii wagowej.

Oficjalne prognozy są pesymistyczne – za 3 lata na otyłość cierpieć tu będzie 13m dorosłych. I jeden milion dzieci. Media populistyczne dały (oczywiście) nagłówki typu: Government missing targets on obesity. Jakby rząd mógł zainstalować obywatelom czujniki przy widelcach czy łyżkach deserowych, niczym jakaś Supernanny. Lub… (wstaw dowolny pomysł orwelliański lub neo- ).

Ale pewnych zastrzeżeń (co do wolności wyboru tego, co wkłada w usta przeciętnie edukowany i sytuowany Brytyjczyk) nie da się do końca obśmiać. Pisałam już o nawykach oraz o przemyśle spożywczym. Tego lata wszyscy analizowaliśmy faktyczne zawartości soli w produktach. I informacje na etykietkach o jej dziennym zapotrzebowaniu. Człowiek zorientowany wie od dawna, że etykietkom produktów spożywczych wierzyć nie należy. Ale to nie powód, by umieszczano tam bezkarnie różne uspokajające bzdury. Za parę lat ktoś wytoczy proces firmie (albo państwu), że nie wiedział, iż pączki czy croissants tuczą i wpędzają w choroby. I wygra, jak wygrali amerykańscy palacze ‘nieświadomi’ toksyczności nikotyny.

Jamie Oliver, niezmordowany bojownik w walce o nawyki i dietę dzieci, jest znów na ekranach z programem Back to School Dinners. Zniknięcie ‘prawdziwego lunchu’ ze szkół państwowych uważane jest za zaniedbanie rządu – w lunch boxes ląduje co popadnie – nawet smażone w głębokim tłuszczu chicken nuggets z McDo i crisps na zagryzkę… plus fizzy drinks. Impulsywny Oliver wścieka się, że dość ma poprawności politycznej i nie zamierza dłużej ukrywać, co myśli o takich rodzicach. Jak zwykle, przejmie się najbardziej klasa średnia. I będzie wytaczać z supermarketów wózki jeszcze bardziej pełne owoców i warzyw (widzę coraz bogatszy wybór, np. jagód typu białe, czerwone, czarne porzeczki, agrest – czego ostatnio jakby mniej w polskich wielkopowierzchniowcach).

Zagadnienie otyłości staje się poważnym wyzwaniem dla liberalnego stylu myślenia. Jakkolwiek długo nie próbowałaby wciskać ciemnoty nadwiślańskiemu narodowi dobrana banda oszołomów, konotacje tego pojęcia są w świecie cywilizowanym ze wszech miar pozytywne. Ale co rusz pojawiają się kryzysy (czasem faktyczne, innym razem urojone lub wręcz sprowokowane), gdy człowiek czuje potrzebę (ma pokusę) ograniczyć wolność brata swego ‘dla jego dobra’, ‘by go ochronić przed nim samym’. I dla dobra stron trzecich, które to dobro ma się zrealizować przy wzajemnym ograniczeniu praw i wolności (np. do zysku czy samorealizacji). Kryzys otyłości jest rzeczywisty, zatem i dyskusja staje się poważna.
Czy, jeśli ktoś ma potrzebę opychania się głęboko-smażonymi snickersami czy potrójnie procesowanymi cheeseburgerami, to bliźni (albo i państwo) mają prawo mu tego zabronić? Ale co z dziećmi wychowywanymi przez rodziców, którym w każdej chwili grozi zawał, wylew (dalej cukrzyca i nowotwory)? Poza wszystkim, te dzieci chłoną złe nawyki jak gąbka. Czy zakazać przemysłowi reklamowania tego, co słone, słodkie i tłuste? (mają się dogadać co do kodu dobrych praktyk do 2007; jeśli nie – wkroczyć ma ustawodawca… ale tak ‘wkracza’ już od paru lat).
W jakim stopniu ograniczyć ‘targetowanie’ dzieci przez reklamę junk food? Jak karać misleading adverts&labelling? Czy otyli mają płacić za swą gnuśność także w ubezpieczeniach obowiązkowych? Czy odmawiać im pewnych praktyk medycznych w ramach NHS? (już się to cichcem stosuje a ostatnie gorące polemiki dotyczyły perspektywy zakazu IVT dla otyłych kobiet). Czy wprowadzić akcyzę na słodycze i hamburgery wzorem alkoholowej i tytoniowej? I tak dalej.

Czystej krwi wolnościowiec powie, że kryzys otyłości jest smutną cechą społeczeństw dobrobytu. A jedynym remedium jest edukacja społeczeństwa… może też narzucenie paru groszy na cenę ewidentnie chorobo- i śmiercionośnych produktów (niech płacze i płaci za swe przyszłe leczenie ten, kto z 70% prawdopodobieństwa hoduje sobie cukrzycę). Można podejść bardziej empatycznie, ucząc dojrzałości i odpowiedzialności w housekeeping (kształtowanie nawyków, nauka gotowania i komponowania prostych posiłków, radzenie sobie z psychologicznymi aspektami zmiany diety i stylu odżywiania się, itd.)

Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę… mówię bom smutny i sam pełen winy. (wieszczowie)
Wyjeżdżałam do UK z wagą może nie najniższą z moich wiosennych, ale dobrą i utrwaloną. I z – jak mi się wydawało – już stuprocentowym sposobem na nie-utycie w kraju tysiąca pięciuset smacznych kalorii za 25p (single bus ticket – £1.5, wkrótce £2). Udawało się to znakomicie (początkowo waga szła nawet w dół) aż do połowy sierpnia. Po czym deadlines projektowe (ergo – comfort eating/snacking), smutna pogoda, więcej siedzącego trybu życia, jedna-dwie przykrości – wszystko to wyrzuciło mnie spektakularnie na mielizny (six pounds up). Do skorygowania w dwa-trzy tygodnie, ale niesmak jest. I natychmiast odczuwa się większe zmęczenie – np. po siedmiu godzinach dreptania po L z weekendowym Gościem).

Tymczasem w ogrodach National History Museum (na które wychodzi okno mojego pokoju na ostatnie dwa tygodnie) trwa właśnie co-pół-roczna impreza, London Fashion Week. Cały ten światek (journos, fashionistas, models, designers) ma – jak ogólnie wiadomo – obsesję na punkcie wyglądu. Z której żartują sobie sprzedawcy pies przed jedną z bram: „free pies for models” (sic!). Gdy robiłam zdjęcie, wszyscy płacili. Nikt też akurat nie wyglądał na modela – choć trzeba uważać z pochopnym szufladkowaniem; według ostatnich trendo-metrów (np. show w Madrycie), super-szczupłość ma ustąpić na wybiegach zdrowej wadze (i kobiecym kształtom – bo anorektyczkami częściej bywają panie). Na Wyspie w zwyczaj wchodzą też pokazy i konkursy mody i urody dla generously-proportioned.
Jednak nie na LFW. Tu kręci się ostatnio (histerycznie walcząc późnymi wieczorami o taksówki) wielkie mnóstwo typowych ‘żyraf’ obu płci. Efektownych, bardzo pomysłowo i gustownie odzianych, z wszystkich zakątków świata. Taki przegląd najurodziwszych przedstawicieli gatunku. Piękne ciało plus pewność własnej atrakcyjności i pozycji, podrasowane kasą i wyczuciem stylu – to jest spektakl! Chorobliwych niedo-wag nie widzę, ale jeśli miałoby to komuś pomóc – przyłączam się do apeli o profilaktyczne zawężenie zdrowego BMI do przedziału 20-25.
Tylko jak wytłumaczyć paniom z problemami (i thinspiration model o BMI 15 – np. Kate Moss), że nadmierna motywacja plus nierealistycznie zawieszona poprzeczka obniżają sprawność działania?…

©BM 21Sep06

End-of-summer high-low masses

11 lutego 2009

Pocztówka znad Tamizy 16/2006

Farm Street Church to jedno z moich poważniejszych zaniedbań. Choć wiele razy przebiegałam w wielu kierunkach uliczkami Mayfair, dopiero dwa lata temu natknęłam się na przeuroczy, koronkowo neogotycki kościół wtopiony w gęstą zabudowę (z pięknymi ogrodami ‘na zapleczu’).
Szefowa zdziwiła się: ‘Jak to, nigdy tam dotąd nie byłaś? Ależ to jeden z najważniejszych ośrodków katolickich Londynu. Jezuici prowadzą talks and events, mają doskonały chór’… Hmmm, czasem ktoś z opinią ‘napalonego’ lub ‘eksperta’ żyje długo w nieświadomości tego czy innego szczegółu swej pasji, bo otoczenie milcząco zakłada, że – komu jak komu – ale temu na pewno nie trzeba niczego podpowiadać, jeszcze ‘się obrazi’.

‘Syndrom zaległościowy’ sprawił, że nie odwiedziłam Farm Street ani w 2004 ani rok temu (czekał tyle lat to jeszcze poczeka). Miałam pójść 9 lipca, ale brzydka pogoda ‘zadecydowała’: Oratory o siódmej (low key), potem project, wieczorem finał piłkarskich MŚ. Szkoda, bo według music diary, Farm Street Singers wykonali wówczas … Missam Brevis St Joannis de Deo! Wszyscy śpiewają mojego Haydna tego lata…

Ostatecznie padło na 27 sierpnia, dzień przed imieninami Taty. Przy wejściach leżały śpiewniki z chorałem gregoriańskim. Organista efektownie i stylowo improwizował na temat wcale-nie-kościelnych utworów Mozarta a ja obwąchiwałam muzykę. I zdumiewałam się coraz bardziej: program wyglądał tak, jakby go (sobie) ułożył pewien – tyleż skromny, co napalony i ‘bezkompromisowy’ – wiejski master of music. Kyrie, gloria, sanctus – Taty ulubiona de Angelis; agnus dei – z mszy gregoriańskiej XVIII, naszej drugiej najczęściej śpiewanej; po modlitwie wiernych – zamiast Ave Maria (lub Hail Mary) – Salve Regina (zwyczajowo za zmarłych; nigdy dotąd nie śpiewałam tego w niedzielę inną niż listopadowa). I nawet na wejście – angielska wersja Radośnie Panu hymn śpiewajmy, Alleluja (jedna z nielicznych ‘przekonanych koncesji’ Taty na rzecz nowszych pieśni i jedna z jego pierwszych czterogłosowych aranżacji specjalnie dla nas, Czerwonych Maków – przekształcających się niepostrzeżenie w Grupę Chorałową). Tylko credo nr III nie jest znane w Arkadii – za to bardzo popularne w UK.

Przed mszą wyszedł proboszcz o urodzie zabójczego Włocha, przeprosił za brak Farm Street Singers i za tę swoistą high-low mass, jak się wyraził. Zachęcił do wspólnego śpiewu ‘najpiękniejszych i najbardziej uniwersalnych utworów chrześcijan’. Troszkę mi się przy tym śpiewie gardło ściskało, ale – jako, że wiernymi byli w znaczniej części turyści, czujący się niepewnie w ozdobnikach ‘anielskiej’ – kto umiał, musiał się pozbierać i ‘przyłożyć’. Na wyjście organista pięknie zagrał wolną część z koncertu A-dur Mozarta.

Obaj święci Augustynowie (Kanterberyjski i biskup Hippony) są bardzo obecni w tradycji religijnej Wyspy. Z okna mojego pierwszego pokoju w londyńskim akademiku widziałam świątynię pod wezwaniem anglikańskiego Augustyna (gdzie pracował wspomniany niedawno wielbiciel polskiej kuchni). Słynny syn Św. Moniki opiekuje się kościółkiem na Hammersmith (Fulham Palace Rd, pod flyover).
Siostry, właścicielki naszego akademika to Notre Dame Congregation albo Cannonesses of St Augustine; we wspomnienie patrona miały więc krótką (35’) i kameralną, niemniej treściwą i uroczystą mszę. Lubiana przeze mnie Sr Brigid obchodzi w tym dniu urodziny. Bardzo zaawansowana to rocznica, ale na mszę zeszła (po stromych schodach) bez laski.

Znacznie młodsza Kanoniczka spreparowała ostatnio traktat o indyjskim wkładzie w duchowość chrześcijańską i postanowiła – w ramach wyjątkowo zasłużonych wakacji – zawieźć i ofiarować swe dzieło jego bohaterom. M-C leci do Indii 4 września; pomyślałam więc, że 3.09 to idealny termin by wreszcie zjawić się na mszy niedzielnej w naszej kaplicy. W roku akademickim w hostelu mieszka wielu studentów Royal College of Music, Royal Academy of Music, Royal College of Organists oraz odbywających wokalne i instruentalne kursy i pobyty podyplomowe. Oprawa mszy niedzielnej bywa więc imponująca. Ale w lecie ciężar przygotowań i prowadzenia spada właśnie na barki M-C (która poduczyła się ostatnio ‘chodzenia po klawiszach’). Na swą przedwyjazdową niedzielę wybrała kilka nowych hymnów. Osadzonych w hymnicznej tradycji protestanckiej (w tym – metodystycznej). Celebransem był kolejny ksiądz-gość – tym razem Japończyk z bardzo nieśmiałym angielskim i ogromnym pietyzmem (by nadrobić rzekome językowe braki). Yahwe, I know you are near zabrzmiało bardzo ładnie (mimo synkopek i bieżników). Wiele razy opowiadałam Tacie, że przykład repertuaru MH (student-friendly) świadczy, iż nowsze i eksperymentatorskie nie musi wcale oznaczać w liturgii łatwizny i bezguścia. Ostudzona jego sceptycyzmem, jakoś nie zdążyłam pokazać nut. A Yahwe czy Majesty mogłyby mu się spodobać. Nawet jeżeli przeciętnej polskiej ‘kongregacji’ nie nauczyłby tego śpiewać (czysto i w tempie) nawet za sto lat.

©BM 3Sep06