Do kraju tego (po trzech latach)

2 marca ’99
Rzeczypospolita wita, jak umie najlepiej, ale pora dnia, pogoda i zmęczenie nie pozwalają na jakiś wyrazistszy gest czy nawet żywsze wzruszenie.
- Aha, dalej wożą te stare graty na śmiesznych przyczepach – myślę na pół sennie. Prawdziwy sen jednak jakoś nie powraca, choć by się przydał. Nad szarymi lasami, polami i połaciami topniejącego śniegu wstaje tymczasem słońce. Mimo to szaro… szare pola, szaro-ciemne miasta, szaro-czarny Śląsk…
Boże, co ja zrobiłam, trzeba było zostać jeszcze trochę w świecie łagodnego klimatu i zieleni all year round!…
Depresjogenne okrucieństwo deszczowego dnia daje się we znaki w fizyczny niemal sposób; no tak – nie można było wybrać gorszej pory roku na powitania po latach. A w obrębie tej pory – gorszego dnia.
Ale, ale – nawet tam, skąd wracasz nie potrafią zamówić pogody – rezonuje Anioł Stróż (zapewne z polskim paszportem, skoro taki mądry). Brudne domy, auta (oj niektóre bardzo!) – nie daje za wygraną szatan kosmopolitarnej wolności. Ale nasze – mówię na głos towarzyszowi podróży, który – po znacznie krótszym okresie nieobecności, błazen jeden! – uakustycznia znacznie bardziej radykalne spostrzeżenia. Nie będzie nawet widoku Tęczynka na pocieszenie – ta myśl nie daje mi spokoju aż do Katowic. Pilotka wygłasza dość długą mowę ostrzeżeniową przed jakimiś-tam naciągaczami i karciarzami. Mało z tego do mnie dociera, bo akurat chce mi się spać.
Przebudzenie następuje szybko, żeby nie powiedzieć – gwałtownie: na kocio-łbim odludziu, zwanym szumnie międzynarodowym dworcem autokarowym Katowice, zjawiamy się jako ostatni spośród autobusów biorących udział w wielkim przesiadkowisku. Ergo – czasu na tę operację mamy niewiele. Gorzej – gwarantowana rzekomo pomoc kierowców w przenoszeniu bagaży (sztuk cztery… ciężkie) nie następuje; napis “KRAKÓW” widać na dwóch pojazdach, przy czym żadna z załóg nie wykazuje przesadnego entuzjazmu wobec perspektywy wzięcia nas na pokład…
– No, najwyższy czas – słyszę, gdy wreszcie zjawiam się po wszystkie moje bagaże. Mam pokusę odpalić, że ktoś zostawił maniery po niewłaściwej stronie Olszyny, ale tego nie robię, gdyż, primo, moje własne maniery są tak nieskazitelne, jak plemienia, które gościło mnie przez ostatnie tysiąc z górą dni, secundo, zaczynam mieć wątpliwości, która ze stron jest tą właściwą.
Rycerskość towarzyszy podróży poprawia mi na moment humor…
- Pani potrzyma to kółeczko – niemal na moim ramieniu stoi i sapie dyszy i dmucha jakieś potężne zjawisko. Upuszczam odruchowo wciśnięty mi kawałek plastiku a zjawa jak nie wrzaśnie:
– Przecież bym pani dał te pieniądze – i pokazuje plik czegoś, co mgliście rozpoznaję-pamiętam jako “nowe” dwudziestozłotówki.
Chłopcy w autokarze na przemian żartują i straszą: Będzie cię gonił aż do Krakowa albo i dalej, oj oni to potrafią!…Nie widziałaś taksówki, co na niego czekała?
Moje przygnębienie sięga zenitu a frustracja z powodu wielorako umotywowanej niemożności zatelefonowania do P powiększa się. Mimo wczorajszego korka pod Antwerpią mamy wszelkie szanse na zwcześnienie się, muszę więc zadzwonić…
– To będzie kosztowało – obwieszcza realistycznie-rubaszny pilot.
Mam tylko funty
– Żadnych marek? dziwi się pan, ale zaraz oświadcza że liczy na moją uczciwość w kwestii tych 6 PLN za 30 sek. rozmowy. Solennie obiecuję uregulować dług w Krakowie (i obietnicy dotrzymuję).

Taksówka bagażowa z dworca pod Jubilat to dziesiąta cześć emerytury mojej Mamy, wolę jednak myśleć, że to w przybliżeniu tyle, co mini-cab z South Kensington do Victoria Stn. Poza tym pan kierowca niezwykle sprawnie nas lokalizuje, jest ogólnie miły i pomocny i w ogóle zapewnia, że aplikuje najniższą taryfę…
Potockich, Sienna, Stolarska, Franciszkanska… Przez połowę mojego mózgu przebiegają skrawkowe wspomnienia listów opiewających fantastyczną kostkę na Zwierzynieckiej, Most Dębnicki i ogólną rewelacyjność materialnej i towarzysko-kulturalnej rewaloryzacji miasta, o którym w ciągu ostatnich lat mówiłam (nawet parę razy dziennie) że jest jedynym miejscem na Ziemi…

Jest wciąż 2 marca 1999 roku. Na szaro-czarnym chodniku szaro-czarnej Alei Krasińskiego wyładowujemy moje bagaże.
Teraz tylko marsz na piąte piętro starego budownictwa – mój Strych! Przystań i baza przez ostatnie 8 niemal lat. Zawsze byłam dumna z siermiężnej przytulności tego locum, w lustrzany niemal sposób odzwierciedlajacego twarde realia bytowe mojego pokolenia w okresie tzw. transformacji ustrojowej. Wydarzenia sprzed trzech lat zambiwalentyzowały nieco ten mój sentyment, ale alte Liebe rostet nicht… Otwieram więc dobrze mi znane drzwi dobrze znanym kluczem… Dobrze znana kołatka kołacze choć nie musi.
Znajome ściany także dziś szaro-czarne!… J spisał się na medal: nie tylko posprzątał i odkurzył, ale nawet udekorował pokój okolicznościowymi powitalnymi parafernaliami.
Zbiegamy na dół po kolejne bagaże. Rodzinność powitań na klatce zaskakuje mnie nieco. Byłam pewna, że po trzech latach zapomina się to i owo. Przychodzi J i ma lekkie pretensje – czekali z Tatą nie tam, gdzie trzeba (było).Teraz J idzie po Tatę a my czekamy dość długo na obu usiłując w tym czasie zagotować wodę, rozpakować nieco rzeczy, itp. Tato i J w końcu docierają i po krótkim czasie wychodzą, my zaś udajemy się na Cmentarz Rakowicki (jest dokładnie 10 rocznica pożegnania Mamy P).
Wszystko jest dziś przeżyciem, wszystko dziecięco nowe – nawet kupno biletów do nowoczesnych, jak spod igły, autobusów miejskich.
- Z wiązankami na cmentarzu należy uważać; kradną – mówi mój towarzysz. „Konotuję to sobie”, jak zwykła (była… nic nie wiadomo) mawiać Dyrygencja. Wracam już sama – P wzywają obowiązki zawodowe.

Zabieram się do sprzątania – dość beznadziejne to przedsięwzięcie: po pierwsze jestem jednak nieco zmęczona, po drugie naprawdę nie wiadomo, od czego zacząć, po trzecie – zaraz pojawiają się I&W. J ma właśnie dziś sformalizować pożyczkę studencką a poręczycielami będą W i wujek J. Nawiedzam więc przy okazji bank na ul. Wielopole. To podpisywanie trwa trochę, ale nie aż tak długo, jak można by się obawiać.
Po tej ‘ceremonii’ idziemy do meksykańskiej restauracji „TACO”. W restauracji tłok ogromny, mimo, że jest to wtorek niezbyt turystycznego miesiąca marca. Długo nie możemy znaleźć miejsca, aż wreszcie udaje się to J. Reakcja W na kwotę odłożoną przeze mnie (pierwszy raz się przyznaję komukolwiek innemu, niż kurierzy-upoważnieni: J i P) jest charakterystyczna dla absolwenta technikum samochodowego:
- No, to już mogłabyś kupić to (i pokazuje jakąś wypasioną bryczkę na ul. Podwale). Oczywiście, oczywiście, mieszkanie jest ważniejsze – mityguje się po moim przypomnieniu, na co chcę przeznaczyć pieniądze – ja bym zaczynał budowę (drugą w tak krótkim czasie???)
Na koniec spacer przez Planty i obietnica nawiedzenia Bratostwa w kolejny weekend.

W świetle elektrycznym mój strych nie wydaje się już taki brudny i nieprzytulny. Wprost przeciwnie jakby… Wyciągam dawno nie używaną pościel i zasypiam na swoich śmieciach.

3 marca
Patrzę na tulipany dziesięcioletniego A. Myślę o miłych słowach jego babci… Niektóre gesty pożegnalne w Londynie wzruszyły mnie, nie powiem, lecz jeszcze ładniejsze są pamięć i dobre słowa sąsiadów, rodziny, przyjaciół…

Zabieram się do zainaugurowania „operacji czyste mieszkanie”. W tym celu ruszam na Plac Na Stawach, którego bazar służył mi przed Anglią jako główny teren zakupów. Pokąd mieszkam na Strychu, nie powinno się w tym temacie nic zmienić.
- Nie mam dwóch groszy – warczy pani w jednym z kiosków. Ja natomiast używam (chyba) zbyt dużej liczby please’ów i thanks’ów (naturalnie w polskiej wersji językowej).
- Każdy kupuje to, co mu odpowiada – strofuje mnie inna (na pytanie, który środek czyszczący jest dobry) – bo i skąd ona ma wiedzieć, który.

Odświeżam sobie (że tak powiem) dawno zapomniane zapachy, a to: gnijących śmietników, mieszankę zimy i palącego się koksu, bitumiczno-dachowo-drogowy, drewniano-bitumiczny, polsko-ziemno-parujący… i wiele innych, którymi delektuję się do upojenia, a których nazwać nie potrafię nawet w ten przybliżony sposób.
Odświeżam sobie też ludzi – tacy jacyś zapiekli; napięte mięśnie twarzy, ziemiste cery… (w Londynie zawsze część populacji jest „po wakacjach”, więc nie tylko kolorowi wyglądają ładnie poza sezonem; poza tym w pewnych nadwiślańskich kręgach wciąż do dobrego tonu należy zaniedbanie w kwestii makijażu…)
W następnych dniach odświeżę też sobie polskie narzekalstwo i zawiść…
Póki co – jestem poszukiwana przez JI na okoliczność nadciągającej niczym chmura gradowa matury syna. Idę więc na spotkanie dokładnie symetryczne do dnia przez wyjazdem we wrześniu ’96. Wówczas nikt nie wiedział, że spotkamy się dopiero za dwa i pół roku. J przysyłała mi piękne listy i swoje poezje, ale ostatnio przestała. Powód dość prosty – kłopoty wychowawcze, kłopoty finansowe… Nie tylko w czasie wojny milczą muzy…

4 marca
W pięknym słońcu Zwierzyniecka wygląda prawie tak dobrze, jak wynikało to z listów. Idę do BWR wpłacić pieniądze. W Rynku jacyś chłopcy pomagają mi w użyciu karty telefonicznej – nie wiedziałam/zapomniałam, że trzeba odłamać rożek. Słońce, słońce – nawet twarze dziewcząt wyglądają znacznie lepiej, niż wczoraj. (J twierdzi, że te najładniejsze być może pochowały się, ale wkrótce powinny wyjść ze swych kryjówek).
Jadę do Domu. Dworzec autobusowy Stołeczno-Królewskiego Miasta nigdy nie robił dobrego wrażenia, co dopiero teraz?!… Wciąż kwitnie mały handel, wciąż prowincjonalna obskórność. I to miasto ma być jedną ze stolic kulturalnych Europy – w dodatku już za parę miesięcy?… Centrum komunikacyjne wciąż na papierze… Nie mogę zapomnieć asfaltu pod londyńskim akademikiem – idealnego w kolorze i strukturze w całym tym tym pożegnalnym marcowym deszczu.
Pod autobusem stoi może 5 osób, ale ta wątła liczba w niczym nie przeszkadza. Tłok musi być. Po grzecznych kolejkach, z których słynie Wyspa, wszystko mnie na nowo dziwi. Ale prawdziwy problem zaczyna się dopiero w trakcie jazdy. Rozklekotany pojazd śmierdzi, kurzy i hałasuje niemiłosiernie. Wmawiam sobie, że tak ma być i że tego właśnie chciałam. Lecz nie mogę – póki co – zapomnieć luksusu podróżowania „ekonomicznym” National Express – jego klimatyzacji, normalnych siedzeń, kurtuazji kierowców, ich poczucia humoru.
Patrzę z zaciekawieniem na znajomy krajobraz. Nowe domy. Ktoś jednak ma pieniądze, choć tak wszyscy narzekają.

Powitań bałam się najbardziej, ale nie jest źle ani z wyglądem ani z tak zwaną kondycją psychiczną Rodziców. Od dawna wyznają oni pogląd, że inni narzekają i za siebie i za nich. Moi Starsi mogą w tej sytuacji myśleć wyłącznie pozytywnie.
Dyskusja o Kuroniu i Michniku nie napawa przesadnym optymizmem. Jak na człowieka, który przez całe lata osiemdziesiąte prenumerował Tygodnik Powszechny i wpłacał regularnie składki na inne pisma opozycyjne, zastanawia u Taty pewna hmmm podatność na ideologię polsko-katolicką. Nocne Polaków rozmowy kończą się pewnym kompromisem – nad resztą trzeba będzie popracować, bodaj by dać przeciwwagę złym lokalnym zasiewom…

5 marca
W Domu śpi się zawsze najlepiej…
Pierwsze kroki kieruję na cmentarz. Dawno tu nie byłam; przed Anglią nie zawsze chciało mi się na Wszystkich Świętych. Babcia „z góry” zmarła wszak 19 lat temu. A druga Babcia zmarła w ostatnią Wigilię… Jej grób znajduje się w nowszej części cmentarza, za kaplicą. Zatrzymuję się też przy tablicy ks. Kanonika.
Wiele nowych mogił przybyło; same znane nazwiska, jak to w małej społeczności. Po powrocie robię porządki w szafach, wyrzucam wiele ciuchów, butów… Z Anglii przywiozłam wiele rzeczy ładnych i doskonałych jakościowo – głównie podarunków. Mogę więc z pewnym dystansem popatrzyć na mój nawyk robienia czegoś z niczego i chomikowania rzeczy na czarną godzinę.
Dzieje lat wielu usiłujemy z Mamą ująć w słowa. Sprawy ściśle rodzinne, lokalną ciekawość i wścibstwo, ogólniejsze kwestie, jak duże bezrobocie, ale i nowe kilometry asfaltowych „dywaników”. Mama, jak zwykle, pełna pomysłów na ulepszanie i upiększanie życia. Ma teraz znacznie więcej czasu – po śmierci Babci „z dołu”, swojej Mamy i przejściu na emeryturę. Demonstruje swoje ostatnie wyczyny krawieckie…Tak, tak… coś z niczego… czyż nie na tym w końcu polega twórczość jako taka?…

6 marca
Powrót do Krakowa. Znów śmierdzący i bardzo rozklekotany autobus. Miła współpasażerka pomaga mi nieść bagaż, jak zwykle ciężki, gdy wraca się od Mamy. Ale dyskusje o wyższości „tam” nad „tu” zaczynają mnie nużyć. Moje zbyt zdecydowane poglądy (o wyższości „tu”, naturalnie), nie wydają się pasować do spójnego światopoglądu rozmówczyni (ukształtowanego na bazie wieloletnich doświadczeń austriackich). Ale jest do końca uprzejma, ja zaś łapię się na tym, że chyba zaczynam odreagowywać początkowe niekorzystne wrażenia (i tendencyjnie wygłaszane opinie).
Dalszy ciąg sprzątania. Pranie i prasowanie firan. Dom zaczyna być świeży i błyszczący, pachnieć zachodniością… a ja zaczynam mieć coraz lepszy humor.

7 marca
Niedziela, mimo to kończę prasowanie firan. P proponuje wyprawę na Wolę J: w kościele ma być koncert kwartetu dętego z Warszawy oraz Józefa Brody. Niesłychana poezja tego przedwiośnianego popołudnia koresponduje z coraz to lepszym rozeznaniem w tzw. tekstach kultury masowej. Piękne piosenki Sikorowskiego, gawędziarz z Koniakowa, Wielki Post i dyskusje o wartościach w mediach publicznych – wszystko to tak inne od ciągłego 3xS (sex, shopping & slimming), wszechobecnego w mediach brytyjskich… aż nie mogę wyjść z podziwu.
…Poeta nazwałby to zapewne zachłyśnięciem się polskością.

Msza u św. Anny. Wciąż myślę o moim katechecie – dziś człowieku świeckim. U Anny skończyło się akurat nawiedzenie kopii cudownego obrazu M. Boskiej Częstochowskiej. Słyszę, że jest to wielkie wydarzenie w życiu tak parafii jak poszczególnych osób. Chłonę te i podobne wiadomości i nastroje… żyłam bez tego 3 lata.

8 marca
Wzrok i powonienie wciąż nie mogą się przyzwyczaić do obskórnej klatki schodowej u I. O paradoksie, tę kamienicę opisała parę lat temu J jako pełne poezji i sentymentów miejsce. Jeszcze jeden dowód, że piękno jest w oku patrzącego.

10 marca
Do UFO – pojemnika na makulaturę – przyssany człowiek. Potem wyciąga też aluminiowe puszki – 5 gr. sztuka.
- Kraść się nie opłaca – mówi, ale nie rozwija tematu.
Dzwonię do znajomych i dalszej rodziny. W każdym bez wyjątku przypadku pierwsza reakcja na moje plany kupna mieszkania – dotąd starannie skrywane, więc nie mieli sposobności nastawić się psychicznie – to chłód i rodzaj przykrego zaskoczenia (najostrożniej rzecz ujmując).Ciocia Z, która 3 lata temu prawiła mi kazania na temat założenia wreszcie książeczki mieszkaniowej (w drodze na ślub W, tuż po kontrowersjach zw. ze zmieniającym się statusem prawnym strychu), teraz dziwi się, czemu ona miałaby się cieszyć, że ktoś się dorobił… (‘myślałam, Ciociu, że się troszkę ucieszysz…’)

14 marca
Rankiem wyjeżdżam do Oświęcimia z zamiarem dotarcia do Bratostwa. Na dworcu krakowskim kieszonkowcy zza Buga. Kierowca zwraca mi uwagę, że „zbyt zachodnio wyglądam”(?).
W wyjeżdża po mnie do Oświęcimia, za chwilę moje pierwsze spotkanie z przedstawicielką nowego pokolenia M. Choć D skończy 2 latka dopiero za 8 dni, mówi pięknie i całymi zdaniami już od dobrych paru miesięcy. Nie trzeba dodawać, iż jest ulubienicą każdego, (za wyjątkiem, być może, pory karmienia – jej tato zaczyna wtedy używać śląskich epitetów… skąd on to podłapał?…)
Dopiero dziś… w tym momencie… zaczynam czuć się w Polsce naprawdę jak u siebie w domu…

© BM 1999

Jedna odpowiedź do “Do kraju tego (po trzech latach)”

  1. Do kraju tego (po trzech latach) « przelotnie-pobieżnie-przejściowo mówi:

    [...] Całość… [...]

Dodaj komentarz