Archiwum z czerwiec, 2009

Those elusive two: image projections and feel-good factor

1 czerwiec 2009

Pocztówka znad Tamizy 20/2006

Jakiż kontrast ze sportowym zeszłym rokiem!
Najpierw blamaż w Mistrzostwach Świata. Blamaż w stosunku do oczekiwań, możliwości, gaż i noszonych koszulek ‘złotej piłkarskiej generacji’ w ojczyźnie futbolu. Kontrast zdumiewającej nieodporności psychicznej rutyniarzy-Anglików z żelazną konsekwencją młodej drużyny gospodarzy czy niewiarygodnym powstaniem z popiołów francuskich weteranów. I marnym pocieszeniem jest los ‘grającej pięknie jak nigdy i kończącej jak zawsze’ Hiszpanii…
(Nb, Polacy pracujący w naszym akademiku próbowali ‘perswadować’ Hiszpanom, że ‘my też’ odpadliśmy…)

Portugalia odsyła więc do domu Rooney’a i kolegów, co uruchamia falę okrutnej krytyki – głównie pod adresem trenera i kapitana. Obaj rezygnują.
Trwa tymczasem Wimbledon – turniej w Mekce tenisa. Od lat nie wygrał tu Anglik ani Brytyjczyk, nad czym punktualnie i chóralnie lamentują media. Tryumf Szkota Murray’a byłby jakimś pocieszeniem po German campaign. Niestety, Andy odpadł wcześnie i Wyspiarze nie mieli nawet tyle satysfakcji, ile trafiło się pewnemu a-tenisowemu narodowi z powodu dzielnej nastolatki spod Smoczej Jamy.

Rugby, krykiet… lepiej nie wspominać. Degrengolada, kontuzje, przerost gwiazdorstwa nad formą. Jedynym jaśniejszym punktem było zdobycie końskiego mistrzostwa świata przez królewską wnuczkę (córkę wybitnych dżokejów). Babcia – wciąż aktywna miłośniczka koni – ‘jakoś przeżyła’ transmisję…

Zniesmaczeni skłonnością polityków polskich (w tym np. byłego prezydenta) do sytuowania się w kontekstach Małysza, siatkarek, piłkarzy – powiedzmy wszak, iż jest to trend ogólnoświatowy. I na dobrą sprawę szydzić można tylko z tych delikwentów, którzy budzą się do miłości do sportu i sukcesów (a zwłaszcza tych ostatnich) dopiero na urzędzie. Cóż – nawet, jeśli w życiu nikomu i niczemu się nie kibicowało – teraz nie można uniknąć podejmowania i spotykania ludzi podziwianych przez masową publiczność. Tejże publiczności ‘delegatów’ (może najbardziej autentycznych i wymiernych) do krainy ciężkiej pracy, pokonywania trudności, wychodzenia z nizin, szlifowania umiejętności i formy, sukcesu i światowości.

Delegowanie masowych aspiracji i marzeń odbywa się, co prawda, także w obszarach muzyki pop, seriali mydlanych, popularnych romansideł ‘urlopowo-podróżnych’, itp. — ale tu sukces i happy end (podmiotowy i przedmiotowy) zależą zbyt często od układów, natrętnej promocji, łutu szczęścia, by można było traktować te dziedziny ludzkiej aktywności inaczej, niż bajeczki dla rozleniwionych, zgnuśniałych dzieci.

Co innego sport. I tu mamy wprawdzie marketing (plus gorsze typy wspomagania), agentów i super-hype, (autobiografie ‘wydali’ ostatnio tak uznani wirtuozi pióra jak Stephen Gerard (Liverpool), Frank Lampard (Chelsea) i Wayne Rooney (ManU)).
Ale przychodzi jednak czasem chwila prawdy. W postaci volley’a Zizou (05.’02, finał LM)… Albo tegoż geniusza headbutt (9.07.’06). Autentyczność obu wydarzeń nie do podrobienia. I nie do zagłaskania przez legion agentów i asystentów. (Choć ‘post-headbutt Zizou’ pokazuje, że spin-em można wygładzić nawet najgorszy obrót spraw… nie żeby ten akurat spin zmartwił zakochaną w swym francuskim idolu BM; tak czy owak – po szoku i trudnościach z zaśnięciem owej lipcowej nocy – zapamięta ona raczej volleys niż headbutts).

Kokietowanie i uwodzenie sportowców przez polityków jest w Polsce mniej umiejętne i o wiele bardziej niemrawe, niż w UK. Bo też niewiele u nas długotrwałych gwiazd boiska, bieżni czy stoku. Tylko tu i ówdzie rozbłyśnie spontanicznie współweselenie się z osiągnięć bliźnich. Nie jest też naszą cechą narodową mocna głowa – bardzo umiarkowany sukces, zamiast mobilizować, przewraca w wielu łepetynach. A szkoda, bo statystyczny Polak, wychylający nos za granicę na parotygodniowy urlop, nie zdaje sobie sprawy, do jakiego stopnia sukcesy sportowe przekładają się na prestiż kraju. Pomagając nie tylko przebywającym na obczyźnie, ale i na miejscu (inwestycje, turystyka, nawet większy odzew społeczności międzynarodowej w momentach katastrof czy klęsk żywiołowych).
Polska bardzo potrzebuje tej międzynarodowej sympatii i celnych ambasadorów jej niewątpliwego sukcesu. Tym bardziej, im intensywniej nasi włodarze robią wszystko, by jej wizerunek nie wyszedł poza stereotyp pól z konikami i bocianami (okalających niefunkcjonalne miasta pełne aktualnych nacjonalistów i potencjalnych złodziei samochodowych).

P.S. 11.10 pomyślałam smutno, że pasjonaci piłki (z Korei, Włoch, Hiszpanii…) znów będą ubolewać, iż Polacy raczej chodzili niż biegali po boisku. A tracąca z każdym dniem resztki manier Portugalka G jeszcze bardziej napęcznieje dumą ze swej (rzadko odwiedzanej) ojczyzny.
Meczu nie widziałam. Ale po odczytaniu chorzowskich ekscytacji zrobiło się jeszcze promienniej, niż w inne poranki tego złocistego miesiąca. Feel good factor… i jak się tu nie uganiać za sportowcami?!…

©BM, July06-12Oct06