Pocztówka znad Tamizy 17/2006
Pamiętają Państwo, co najbardziej miały za złe Monice Lewinsky amerykańskie chattering classes? – Oczywiście, nie samą – toe curling – historię w Gabinecie Owalnym. Także nie cashing on it. Ale to, że a nice middle class girl, White House intern and finally a celeb, couldn’t help but to put on weight. (Już w trakcie furory medialnej, rzekomo wskutek presji – tzw. comfort eating).
Tak – im bardziej rozprzestrzenia się epidemia otyłości, tym bardziej ostracyzowani są ci, którzy jej ulegają.
Kiedy ponadnormatywne gabaryty były rzadkością, traktowano problem jak smutną ciekawostkę, z odcieniem współczucia dla nosicieli (będą chorzy, nie doświadczą frajdy powspinania się na Great Gable, ani intensywnej gry w tenisa).
Ale gdy zjawisko stało się banalne – wypłynęło brutalne ‘mni zryć’. Z równie mało delikatnym wypominaniem ponadprzeciętnego obciążenia dla podatnika.
Znaczące nasilenie fattie-bashing troszkę zaskakuje w społeczeństwie wytresowanym w poprawności politycznej i normach współżycia (oraz przyzwyczajonym do wszelakich ekscentryzmów). Niektórzy alarmują – fattism (sizeizm) staje się na naszych oczach nowym sposobem dyskryminacji: w ludzi wstąpiła odwaga piętnowania nie tylko grzechu, ale i pojedynczych grzeszników.
Niby to bardziej fair, niż uprzedzenia i ataki z powodu koloru skóry, narodowości, wyznania, płci czy wieku. I niektórzy z satysfakcją ogłaszają, że od dawna czekali na tę zmianę nastrojów: Jak to, można było w biurze powiedzieć do najszczuplejszej (przy okazji ostatniego kawałka tortu) – ‘ty zjedz, tak marnie wyglądasz’, a nie można do najbardziej puszystej – ‘ale ty to może jednak nie powinnaś?!’. Już korygujący linię mieli trudniej (jak wbić takiemu dwie-trzy szpile – w jednym zdaniu współrzędnie złożonym: ‘kiepsko ostatnio wyglądasz, czy wszystko w porządku? – ale cieszę się, że schudłaś; ostatniej zimy to jednak… nie chciałam mówić ale martwiłam się już trochę’).
Common wisdom głosi, że otyli nie są wiarygodni w coachingu, terapiach (także spowiadaniu, ale ono tu w zaniku) czy PR. I wszędzie, gdzie jaskrawo widać okrucieństwo porzekadła ‘lekarzu, ulecz samego siebie’. Mogą mieć kłopoty na niższych i średnich pozycjach w bankowości i finansach oraz w hospitality (stewardessy wiedzą o tym od dawna). Nie dostaną pracy tam, gdzie trzeba szybko i zwinnie biegać (np. w maleńkich kafejkach). Z trudnością w miejscach, gdzie liczy się pierwsze wrażenie i wizerunek firmy czy autorytet (ostatnio widziałam otyłą dziewczynę w mundurze ochrony National Maritime Museum – faktycznie, wyglądała groteskowo).
Od dawna wiadomo, że stereotyp rubasznego, roześmianego i życzliwego bliźnim grubaska jest idealizacją; równie często są to dziś ludzie znerwicowani, zmęczeni wagą i kolejnymi próbami jej zrzucenia, drażliwi, a w związku z ostatnim skłonni do procesowania się o bullying, mobbing, itp. Dlatego lepiej nie robić sobie kłopotów a w razie narastania problemu w trakcie trwania zatrudnienia – zwolnić pod pierwszym wiarygodnym pretekstem. Taka jest ponoć praktyka myślenia w competitive businesses (nikt się nie przyzna do jej stosowania, każdy potwierdzi jej sensowność).
Człowiek z poważnym zawodem i statusem na otyłość nie może sobie pozwolić. Nie-panowanie nad wagą jest uważane za sygnał utraty kontroli nad wieloma innymi sprawami (jakość małżeństwa, kariera, atrakcyjność towarzyska). Klasa średnia zaczęła się obawiać ‘zabalonowania’ niczym choroby zakaźnej. Niedawno usłyszałam od znajomych taką mniej więcej frazę: ‘Szukamy au pair albo nanny; do niedawna przychodziła córka sąsiadów… nawet niedrogo, ale zaczęła tyć i musieliśmy się jej pozbyć by nie dawała złego przykładu dzieciom… poza tym mocno podjadała (a kupujemy drogie rzeczy organiczne), więc w sumie przestało się to opłacać’.
Jest grupa traktująca najnowszy problem narodowy podobnie, jak polskie święte niewiasty, przyrzekające dożywotni wstręt do alkoholu by odpokutować za parę milionów alkoholików (bo chyba nie mają złudzeń, że totalną abstynencją wyprowadzą kogoś z uzależnienia… czy nauczą pić z umiarem). Analogicznie tu – słyszy się o ludziach tak przerażonych obrazem współziomków na włoskich czy francuskich plażach, że od wczesnej wiosny, w aurze misji narodowej, pozbywają się dwóch-trzech zbędnych kilogramów po to, by w jakiejś Prowansji czy Toskanii ‘zobaczyli’, że Brits to nie tylko bezkrytyczne grubasy w tanich kostiumach kąpielowych. Jeszcze nie zginęła ambicja w narodzie – plebejscy Amerykanie nie wstydzą się ponoć żadnej kategorii wagowej.
Oficjalne prognozy są pesymistyczne – za 3 lata na otyłość cierpieć tu będzie 13m dorosłych. I jeden milion dzieci. Media populistyczne dały (oczywiście) nagłówki typu: Government missing targets on obesity. Jakby rząd mógł zainstalować obywatelom czujniki przy widelcach czy łyżkach deserowych, niczym jakaś Supernanny. Lub… (wstaw dowolny pomysł orwelliański lub neo- ).
Ale pewnych zastrzeżeń (co do wolności wyboru tego, co wkłada w usta przeciętnie edukowany i sytuowany Brytyjczyk) nie da się do końca obśmiać. Pisałam już o nawykach oraz o przemyśle spożywczym. Tego lata wszyscy analizowaliśmy faktyczne zawartości soli w produktach. I informacje na etykietkach o jej dziennym zapotrzebowaniu. Człowiek zorientowany wie od dawna, że etykietkom produktów spożywczych wierzyć nie należy. Ale to nie powód, by umieszczano tam bezkarnie różne uspokajające bzdury. Za parę lat ktoś wytoczy proces firmie (albo państwu), że nie wiedział, iż pączki czy croissants tuczą i wpędzają w choroby. I wygra, jak wygrali amerykańscy palacze ‘nieświadomi’ toksyczności nikotyny.
Jamie Oliver, niezmordowany bojownik w walce o nawyki i dietę dzieci, jest znów na ekranach z programem Back to School Dinners. Zniknięcie ‘prawdziwego lunchu’ ze szkół państwowych uważane jest za zaniedbanie rządu – w lunch boxes ląduje co popadnie – nawet smażone w głębokim tłuszczu chicken nuggets z McDo i crisps na zagryzkę… plus fizzy drinks. Impulsywny Oliver wścieka się, że dość ma poprawności politycznej i nie zamierza dłużej ukrywać, co myśli o takich rodzicach. Jak zwykle, przejmie się najbardziej klasa średnia. I będzie wytaczać z supermarketów wózki jeszcze bardziej pełne owoców i warzyw (widzę coraz bogatszy wybór, np. jagód typu białe, czerwone, czarne porzeczki, agrest – czego ostatnio jakby mniej w polskich wielkopowierzchniowcach).
Zagadnienie otyłości staje się poważnym wyzwaniem dla liberalnego stylu myślenia. Jakkolwiek długo nie próbowałaby wciskać ciemnoty nadwiślańskiemu narodowi dobrana banda oszołomów, konotacje tego pojęcia są w świecie cywilizowanym ze wszech miar pozytywne. Ale co rusz pojawiają się kryzysy (czasem faktyczne, innym razem urojone lub wręcz sprowokowane), gdy człowiek czuje potrzebę (ma pokusę) ograniczyć wolność brata swego ‘dla jego dobra’, ‘by go ochronić przed nim samym’. I dla dobra stron trzecich, które to dobro ma się zrealizować przy wzajemnym ograniczeniu praw i wolności (np. do zysku czy samorealizacji). Kryzys otyłości jest rzeczywisty, zatem i dyskusja staje się poważna.
Czy, jeśli ktoś ma potrzebę opychania się głęboko-smażonymi snickersami czy potrójnie procesowanymi cheeseburgerami, to bliźni (albo i państwo) mają prawo mu tego zabronić? Ale co z dziećmi wychowywanymi przez rodziców, którym w każdej chwili grozi zawał, wylew (dalej cukrzyca i nowotwory)? Poza wszystkim, te dzieci chłoną złe nawyki jak gąbka. Czy zakazać przemysłowi reklamowania tego, co słone, słodkie i tłuste? (mają się dogadać co do kodu dobrych praktyk do 2007; jeśli nie – wkroczyć ma ustawodawca… ale tak ‘wkracza’ już od paru lat).
W jakim stopniu ograniczyć ‘targetowanie’ dzieci przez reklamę junk food? Jak karać misleading adverts&labelling? Czy otyli mają płacić za swą gnuśność także w ubezpieczeniach obowiązkowych? Czy odmawiać im pewnych praktyk medycznych w ramach NHS? (już się to cichcem stosuje a ostatnie gorące polemiki dotyczyły perspektywy zakazu IVT dla otyłych kobiet). Czy wprowadzić akcyzę na słodycze i hamburgery wzorem alkoholowej i tytoniowej? I tak dalej.
Czystej krwi wolnościowiec powie, że kryzys otyłości jest smutną cechą społeczeństw dobrobytu. A jedynym remedium jest edukacja społeczeństwa… może też narzucenie paru groszy na cenę ewidentnie chorobo- i śmiercionośnych produktów (niech płacze i płaci za swe przyszłe leczenie ten, kto z 70% prawdopodobieństwa hoduje sobie cukrzycę). Można podejść bardziej empatycznie, ucząc dojrzałości i odpowiedzialności w housekeeping (kształtowanie nawyków, nauka gotowania i komponowania prostych posiłków, radzenie sobie z psychologicznymi aspektami zmiany diety i stylu odżywiania się, itd.)
Trudniej dzień dobrze przeżyć, niż napisać księgę… mówię bom smutny i sam pełen winy. (wieszczowie)
Wyjeżdżałam do UK z wagą może nie najniższą z moich wiosennych, ale dobrą i utrwaloną. I z – jak mi się wydawało – już stuprocentowym sposobem na nie-utycie w kraju tysiąca pięciuset smacznych kalorii za 25p (single bus ticket - £1.5, wkrótce £2). Udawało się to znakomicie (początkowo waga szła nawet w dół) aż do połowy sierpnia. Po czym deadlines projektowe (ergo – comfort eating/snacking), smutna pogoda, więcej siedzącego trybu życia, jedna-dwie przykrości – wszystko to wyrzuciło mnie spektakularnie na mielizny (six pounds up). Do skorygowania w dwa-trzy tygodnie, ale niesmak jest. I natychmiast odczuwa się większe zmęczenie – np. po siedmiu godzinach dreptania po L z weekendowym Gościem).
Tymczasem w ogrodach National History Museum (na które wychodzi okno mojego pokoju na ostatnie dwa tygodnie) trwa właśnie co-pół-roczna impreza, London Fashion Week. Cały ten światek (journos, fashionistas, models, designers) ma – jak ogólnie wiadomo – obsesję na punkcie wyglądu. Z której żartują sobie sprzedawcy pies przed jedną z bram: “free pies for models” (sic!). Gdy robiłam zdjęcie, wszyscy płacili. Nikt też akurat nie wyglądał na modela – choć trzeba uważać z pochopnym szufladkowaniem; według ostatnich trendo-metrów (np. show w Madrycie), super-szczupłość ma ustąpić na wybiegach zdrowej wadze (i kobiecym kształtom – bo anorektyczkami częściej bywają panie). Na Wyspie w zwyczaj wchodzą też pokazy i konkursy mody i urody dla generously-proportioned.
Jednak nie na LFW. Tu kręci się ostatnio (histerycznie walcząc późnymi wieczorami o taksówki) wielkie mnóstwo typowych ‘żyraf’ obu płci. Efektownych, bardzo pomysłowo i gustownie odzianych, z wszystkich zakątków świata. Taki przegląd najurodziwszych przedstawicieli gatunku. Piękne ciało plus pewność własnej atrakcyjności i pozycji, podrasowane kasą i wyczuciem stylu – to jest spektakl! Chorobliwych niedo-wag nie widzę, ale jeśli miałoby to komuś pomóc – przyłączam się do apeli o profilaktyczne zawężenie zdrowego BMI do przedziału 20-25.
Tylko jak wytłumaczyć paniom z problemami (i thinspiration model o BMI 15 – np. Kate Moss), że nadmierna motywacja plus nierealistycznie zawieszona poprzeczka obniżają sprawność działania?…
©BM 21Sep06