End-of-summer high-low masses

By basiaacappella1

Pocztówka znad Tamizy 16/2006

Farm Street Church to jedno z moich poważniejszych zaniedbań. Choć wiele razy przebiegałam w wielu kierunkach uliczkami Mayfair, dopiero dwa lata temu natknęłam się na przeuroczy, koronkowo neogotycki kościół wtopiony w gęstą zabudowę (z pięknymi ogrodami ‘na zapleczu’).
Szefowa zdziwiła się: ‘Jak to, nigdy tam dotąd nie byłaś? Ależ to jeden z najważniejszych ośrodków katolickich Londynu. Jezuici prowadzą talks and events, mają doskonały chór’… Hmmm, czasem ktoś z opinią ‘napalonego’ lub ‘eksperta’ żyje długo w nieświadomości tego czy innego szczegółu swej pasji, bo otoczenie milcząco zakłada, że – komu jak komu – ale temu na pewno nie trzeba niczego podpowiadać, jeszcze ‘się obrazi’.

‘Syndrom zaległościowy’ sprawił, że nie odwiedziłam Farm Street ani w 2004 ani rok temu (czekał tyle lat to jeszcze poczeka). Miałam pójść 9 lipca, ale brzydka pogoda ‘zadecydowała’: Oratory o siódmej (low key), potem project, wieczorem finał piłkarskich MŚ. Szkoda, bo według music diary, Farm Street Singers wykonali wówczas … Missam Brevis St Joannis de Deo! Wszyscy śpiewają mojego Haydna tego lata…

Ostatecznie padło na 27 sierpnia, dzień przed imieninami Taty. Przy wejściach leżały śpiewniki z chorałem gregoriańskim. Organista efektownie i stylowo improwizował na temat wcale-nie-kościelnych utworów Mozarta a ja obwąchiwałam muzykę. I zdumiewałam się coraz bardziej: program wyglądał tak, jakby go (sobie) ułożył pewien – tyleż skromny, co napalony i ‘bezkompromisowy’ – wiejski master of music. Kyrie, gloria, sanctus – Taty ulubiona de Angelis; agnus dei – z mszy gregoriańskiej XVIII, naszej drugiej najczęściej śpiewanej; po modlitwie wiernych – zamiast Ave Maria (lub Hail Mary) – Salve Regina (zwyczajowo za zmarłych; nigdy dotąd nie śpiewałam tego w niedzielę inną niż listopadowa). I nawet na wejście – angielska wersja Radośnie Panu hymn śpiewajmy, Alleluja (jedna z nielicznych ‘przekonanych koncesji’ Taty na rzecz nowszych pieśni i jedna z jego pierwszych czterogłosowych aranżacji specjalnie dla nas, Czerwonych Maków – przekształcających się niepostrzeżenie w Grupę Chorałową). Tylko credo nr III nie jest znane w Arkadii – za to bardzo popularne w UK.

Przed mszą wyszedł proboszcz o urodzie zabójczego Włocha, przeprosił za brak Farm Street Singers i za tę swoistą high-low mass, jak się wyraził. Zachęcił do wspólnego śpiewu ‘najpiękniejszych i najbardziej uniwersalnych utworów chrześcijan’. Troszkę mi się przy tym śpiewie gardło ściskało, ale – jako, że wiernymi byli w znaczniej części turyści, czujący się niepewnie w ozdobnikach ‘anielskiej’ – kto umiał, musiał się pozbierać i ‘przyłożyć’. Na wyjście organista pięknie zagrał wolną część z koncertu A-dur Mozarta.

Obaj święci Augustynowie (Kanterberyjski i biskup Hippony) są bardzo obecni w tradycji religijnej Wyspy. Z okna mojego pierwszego pokoju w londyńskim akademiku widziałam świątynię pod wezwaniem anglikańskiego Augustyna (gdzie pracował wspomniany niedawno wielbiciel polskiej kuchni). Słynny syn Św. Moniki opiekuje się kościółkiem na Hammersmith (Fulham Palace Rd, pod flyover).
Siostry, właścicielki naszego akademika to Notre Dame Congregation albo Cannonesses of St Augustine; we wspomnienie patrona miały więc krótką (35’) i kameralną, niemniej treściwą i uroczystą mszę. Lubiana przeze mnie Sr Brigid obchodzi w tym dniu urodziny. Bardzo zaawansowana to rocznica, ale na mszę zeszła (po stromych schodach) bez laski.

Znacznie młodsza Kanoniczka spreparowała ostatnio traktat o indyjskim wkładzie w duchowość chrześcijańską i postanowiła – w ramach wyjątkowo zasłużonych wakacji – zawieźć i ofiarować swe dzieło jego bohaterom. M-C leci do Indii 4 września; pomyślałam więc, że 3.09 to idealny termin by wreszcie zjawić się na mszy niedzielnej w naszej kaplicy. W roku akademickim w hostelu mieszka wielu studentów Royal College of Music, Royal Academy of Music, Royal College of Organists oraz odbywających wokalne i instruentalne kursy i pobyty podyplomowe. Oprawa mszy niedzielnej bywa więc imponująca. Ale w lecie ciężar przygotowań i prowadzenia spada właśnie na barki M-C (która poduczyła się ostatnio ‘chodzenia po klawiszach’). Na swą przedwyjazdową niedzielę wybrała kilka nowych hymnów. Osadzonych w hymnicznej tradycji protestanckiej (w tym – metodystycznej). Celebransem był kolejny ksiądz-gość – tym razem Japończyk z bardzo nieśmiałym angielskim i ogromnym pietyzmem (by nadrobić rzekome językowe braki). Yahwe, I know you are near zabrzmiało bardzo ładnie (mimo synkopek i bieżników). Wiele razy opowiadałam Tacie, że przykład repertuaru MH (student-friendly) świadczy, iż nowsze i eksperymentatorskie nie musi wcale oznaczać w liturgii łatwizny i bezguścia. Ostudzona jego sceptycyzmem, jakoś nie zdążyłam pokazać nut. A Yahwe czy Majesty mogłyby mu się spodobać. Nawet jeżeli przeciętnej polskiej ‘kongregacji’ nie nauczyłby tego śpiewać (czysto i w tempie) nawet za sto lat.

©BM 3Sep06

Dodaj komentarz