Pocztówka znad Tamizy 12/2006
Salmonella, e-coli and the BSE
all the British cuisine is a misery
– śpiewał 10 lat temu znany komik (zaciągając z francuska). Były to czasy mad cow disease – dla Francuzów rzadka okazja do rewanżu na nieźle prosperujących sąsiadach. Nieuchronny atak został więc rozbrojony (to defuse, to pre-empty) przez angielskiego błazna. Po dziesięciu latach poradniki eating out donoszą, że połowa z 20 najlepszych europejskich restauracji (Michelin ratings) znajduje się na Wyspie (głównie w Londynie). Ale bywają też lokale, jak pewien ‘polski’ w pobliżu, gdzie kitchen porter zaczyna(ł) pracę od dobicia i usunięcia kilkunastu szczurów. Co tłumaczono sąsiedztwem czeluści knajpki z metrem SKen; jak wiele podobnych lokali, wynajmuje ona ground floor i głębokie (niedowentylowane) zaplecze produkcyjne. Nigdy nie wspomniałam o inteligentnych gryzoniach starszemu pastorowi anglikańskiemu, który z upodobaniem zamawiał ‘u Polek’ schabowego z gryczaną i buraczkami. Dziwiąc się, że tak powściągliwie korzystam z jego szczodrej kurtuazji.
W brytyjskim food-biznesie wciąż bywają w użyciu naczynia aluminiowe, płucze się równie niedokładnie, jak w niektórych domach working class (P17/2004) a ręce myje nieczęsto – zwłaszcza, gdy jest duży ruch i oszczędności na personelu. Zagadnięci polscy kucharze z dyplomami twierdzili (w 2 połowie lat 90tych, ale jeśli się tu coś zmieniło – w dobie panicznej walki o obniżkę kosztów – to na gorsze) – że eating out w Londynie nie zaryzykują nawet po drastycznej zmianie swej sytuacji finansowej.
Może przesada – boć wspólny posiłek (w tym poza domem) stanowi jedną z podstaw budowania więzi międzyludzkich. I jedną z pikantniejszych przypraw życia – także w Londyniszczu.
Ale nie da się zlekceważyć tematu jako publicystycznego hype, higienicznej obsesji klasy średniej (aż po obsessive-compulsive disorder, z ‘chorym’ dążeniem do schludności i sterylności) czy resentymentu zasuwającego chefa (z wiedzą i wymaganiami w kwestii jakościowego posiłku).
W ciągu lat, jakie upłynęły od natrętnego rozgoszczenia się w mej pamięci tytułowej piosenki, repertuar możliwych okołożywnościowych scares znacznie się poszerzył: na przełomie tysiącleci szalała foot and mouth disease, doszły sars i avian flu.
Modus vivendi ludu tego to – oksymoroniczne – życie coraz mniej zdrowe plus coraz większe do zdrowia aspiracje. Zatem – przy podstawowym trybie publikatorów niższego lotu, straszycielstwie – tematyka ‘jak nas truje przemysł spożywczy’ idzie jak woda. Podobnie – naukowe, przednaukowe, paranaukowe a nawet naukawe nowinki (dowolnie luźno związane z ‘what is and what isn’t good for you’).
Sprawa Cadbury’s jest jednak wyjątkowa. Bo to flagowiec brytyjskiego przemysłu czekoladowego (ok. 40% udziałów w rynku). Jego wyroby – niegdyś przedmiot westchnień dzieciaków na Wyspie i w koloniach, teraz zalewający półki sklepów i sklepików ‘stuff’ – były symbolem jakości, tradycji i stylu (Dairy Milk brand ma ponad 100 lat). Jeden z ‘moich’ lotników wymieniał powojenną zażyłość z czekoladową dynastią na jednym oddechu z zestrzeleniami w bitwie o Anglię i emocjami późniejszych wypraw nad Niemcy… Wciąż się wypomina (w kontekście coraz groźniejszego obesity crisis), jak wiele dzisiejszych babć i prababć święcie wierzyło, iż tabliczka Dairy Milk zawiera półtorej szklanki mleka – co sugerowała reklama. Roztapiano czasem te maziste słodkości by dać milusińskim łatwiejszy dostęp do ich niezrównanych wartości odżywczych. Odkąd znam Anglię, tańsze i droższe pudełka Cadbury były idealnym załącznikiem na każdą okazję: od wyjścia na ‘zwykłą’ kolację do znajomych, upominku końcoworocznego dla ‘pani’ czy tutor, podzięki dla cleaning lady na Xmas, po pierwszą wizytę u rodziców lubego/lubej.
(Kontynentalsi – w tym i ja – uważają smak Cadbury’s za zbyt słodki, tłusty i bez wyrazu – ale nie w tym rzecz).
Firma była więc dotąd pieszczochem i autorytetem. Ale też molochem z kilkunastoma fabrykami. I coraz mocniejszym graczem na scalających się rynkach międzynarodowych. W ostatnich latach – także na polskim (kupiła Wedla).
Dlatego 23.06, w drodze z Gatwick na Victoria, nie dowierzałam uszom. Jakże – ten potentat zaryzykował ukrywanie od stycznia faktu wykrycia w swych wyrobach i półproduktach bakterii salmonelli?!… Nawet, gdyby nic się nie stało konsumentom a żadna z agend (Health Protecton Agency, Food Standards Agency) nie poprosiła akurat o próbki – jakiś pracownik mógłby pójść do mediów! (kasa i nimb whistle-blowera).
Ale nie udało się. Gorzej: rzadka odmiana salmonelli – montevideo smvdX07 spowodowała wiosną zatrucie przynajmniej 37 osób, w większości niemowląt i dzieci. W tym kilka cięższych przypadków.
Adekwatna reakcja oznaczałaby znaczne zmniejszenie profitów z dwu słodkich szczytów sezonu: wielkanocnego oraz Mothering Sunday (w 2006 – 14maja). Ale może zdołano by (bodaj) wybrać dogodny moment wycofania zarażonej galanterii ze sprzedaży, opracować strategię i warianty PR a w skrajnie niesprzyjających rozwojach nastrojów – spróbować wcisnąć opinii publicznej, że zdrowie konsumenta jest stokroć ważniejsze od profitów Cadbury-Schweppes. A nawet – proszę, jak się poświęcamy – od zaufania do producenta…
Jednak wybrano cover-up, licząc na łut szczęścia (przy niewielkim skażeniu próbek… tak bronią się szefowie).
Po pięciu miesiącach (23.06), 5 dni po nakazie HPA, przyznano, że ‘jest problem’. I dano nakaz wycofania ze sprzedaży w UK miliona sztuk choco w siedmiu wariantach (250g Dairy Milk Turkish, Dairy Milk Caramel, Dairy Milk Mint, Dairy Milk 8 chunk, 1kg Dairy Milk bar, 105g Dairy Milk Buttons Easter Egg, 10g Freddo bar). Dwa pierwsze typy wycofano też w Irlandii. Lecz eksperci FSA twierdzą, iż zakażona baza mleczno-cukrowo-kakaowa służyła do produkcji ponad 40 typów wyrobów; niektóre z nich zmagazynowano już na przyszły sezon wielkanocny. Wyszło też na jaw, że ta sama fabryka (Marlbrook, Hertfordshire) miała salmonellowy problem już 4 lata temu.
Szefostwu grożą precedensowe indywidualne procesy karne (Food Safety Act 1990). Firmie – indywidualne i zbiorowe pozwy odszkodowawcze. A style gurus wyrokują, że – dla pani, na piknik czy garden party – tym razem może jednak nie Cadbury boxes… Upał był do niedawna najlepszym guru…
Powiedzą Państwo – taki sobie incydencik. Nie byłby wart relacji, gdyby nie obecność firmy na polskim rynku. Jak się rzekło, potentat stapia i magazynuje przed-konfekcyjny crumb na wiele miesięcy przed przewidywanym szczytem sprzedaży (w specjalnych silosach). Można się obawiać, że – gdy opadnie obecna publicity – zechce gdzieś upchnąć trefne wyroby lub ich bazę (by zminimalizować znaczne straty na brytyjskim rynku – dotąd ok. £30m w sprzedażach, 5m wydatków na publicity, kilkanaście – na unowocześnienie fabryki…)
Ale nie naszym kosztem – MyPolacy mamy równie wrażliwe dusze ciała i kieszenie, a więcej (niż Brytyjczycy) do zrobienia na niwie konsumenckiej świadomości i nacisku. Ja nie tknę nawet ptasiego mleczka. Dla pewności.
Inna sprawa, że podczas suszenia ziaren kakao w dalekiej Ameryce Południowej ‘przekazywanie’ tych i owych ‘bugs’ przez nisko przelatujące ptaki odbywa się najnaturalniej pod (prażącem) słońcem. Poo, my dear, poo – tłumaczy dociekliwej dziennikarce ojciec mikrobiolog. Więc może przy takich okazjach trzeba też sięgnąć do źródeł naszych obniżonych zdolności walki z (wszelkimi) przeciwnościami. Żyje wszak jeszcze (tu i tam) pokolenie, które – choć wyrosło bliżej natury, niż obecne – niewiele wie i sobie robi z kleszczy, alergii, salmonelli. Niektórzy – nawet z jadu kiełbasianego…
Dowcipny korespondent jednej z gazet uwypuklił (nomen omen) inny aspekt zagadnienia: sama myśl o zakupie kilogramowej ‘tabliczki’ czekolady oznacza poważne problemy ze zdrowiem.
Salmonella, e-coli and the BSE
All the British cuisine is a misery
…Bon apetit mes amis.
Może więc, gdy się już z Państwem podzieliłam tą wybitną poezją, zniknie ona na jakiś czas z ‘mej pamięci’. Przywracając równowagę spojrzenia na wyspiarską – coraz bardziej różnorodną, wyrafinowaną i ekscytującą – sztukę przyrządzania, podawania i biesiadowania…
Chyba, że znów wybuchnie jakaś food scare… – właśnie widzę maleńką notkę w The Times: dwuletnia dziewczynka zmarła w Szkocji na e-coli, dwójka maluchów w stanie ciężkim…
©BM 4Aug06