Playing truant in Kew

By basiaacappella1

Pocztówka znad Tamizy 13/2006

Po rekordowym lipcu, sierpień jest angielski, sprzed global warming. Około 20C, chmurki, wiatr, deszcz, przejaśnienia… i da capo. Trawa zielenieje, opadów przyda się znacznie więcej.
Wtorek 15.08 zapowiadał się pogodnie. Na poczet święta poszły więc poniedziałkowe nieszpory maryjne w Brompton Oratory (wyśmienita muzyka w wykonaniu odrodzonego chóru) i msza (fulfils obligation). Piętnasty przeznaczony był bowiem ‘na Kew’, gdzie znajdują się?… brytyjskie archiwa.
Nie o tym Państwo myśleli? Hmmm… Ja też nie wyłącznie.

W drodze dostałam sms od ex-tutor. Z R widziałyśmy się ostatnio piątego. Teraz ma pomysł: „Polish nat&rel hol:no point you sitting in stuffy archives. Come&pick BotGdns card 4afternoon”.
R mieszka z rodziną w Kew… Bilet kosztuje £11.75… W Ogrodach byłam ostatnio we wrześniu ’97, po Szkocji… Pokusa okazała się silna, archiwa dostały swe trzy kwadranse (nie ostatnie), po czym lekkim krokiem i z raczej lekkim sumieniem wkroczyłam do Mekki światowej botaniki.

Za 3 lata RBG obchodzić będą 250-lecie założenia. Ich rozwój i ekspansja terytorialna przypadły na erę wiktoriańską (1848 – Palm House; 1852 – Waterlily House; 1860-99 – Temperate House, ‘world’s largest ornamental glasshouse, 180 m-long’). Choć obecnie punkt ciężkości (zbiory, eksperymenty, przechowalnictwo) przenosi się – jak wiele innych wysiłków – za wielką wodę, w Royal Botanic Gardens konserwuje się i perfekcyjnie eksponuje heritage. Współczesność wchodzi w miarę środków. W porywach – efektownie, jak choćby w przypadku Princess of Wales Conservatory z 1987, (nazwa nie dla otwierającej szklarnie Diany, lecz dla założycielki Ogrodów – Augusty). Albo Alpine House (inauguracja 04. 2006). 121 takich hektarów zapiera dech (i wymaga formy), budząc uzasadnioną dumę mieszkańców UK i Londyńczyków.

Nie zrażają ich wysokie koszta wyprawy (zwłaszcza rodzinnej). Wielu ma – jak R – karty roczne: Gdzie jak gdzie, ale tu nie da się powiedzieć, że się w pełni ‘było’, jeśli się nie doświadczyło w lutym i marcu – Crocus Carpet (2,300,000 cebulek pod Victoria Gate, 600,000 wzdłuż Princess Walk) czy narcyzowych pól; w kwietniu – kwitnących biało i różowo, ‘czereśniopodobnych’ drzew indyjskich i japońskich (w które zresztą obfituje cała Wyspa); w maju – choćby Lilac Garden (‘Go down to Kew in lilac-time, it isn’t far from London’ to coś jak nasze ‘Kiedy znów zakwitną białe bzy’) czy niesamowitego buszu rododendronów i azalii (przez Rhododendron Dell idzie się kwadrans); w czerwcu różanego szaleństwa (tylko pod Palm House – 54 spore rabaty); w lipcu sierpniu i wrześniu – pełni rozkwitu i owocowania; w październiku – liścianej orgii barw; końcem listopada – początku kwitnienia drzew i roślin zimowych; w grudniu i styczniu – zdumienia, że aż tyle dzieje się (i kwitnie!) ‘zimą’… nie tylko w ‘szklanych domach’ i akwariach pod nimi. Atrakcyjność Ogrodów wzmaga architektura, sąsiedztwo słynnych terenów zielonych (choćby Richmond, Wimbledon, Hampton Ct, Sion Pk) i bliskość Tamizy.

Nie spodziewając się ‘takiego’ przebiegu dnia, miałam już w pamięci telefonu 150 zdjęć; szybko więc zaczęły się kłopoty z upychaniem pęczniejącego urobku. (Unicestwiłam rzadkie, ekskluzywne auta, potem – rzadsze wehikuły historyczne, po nich kilkanaście półek Cadbury, większość wysmakowanych ujęć Tamizy, wreszcie niepowtarzalne scenki uliczno-jezdniowe). Co pięć kroków – dramat: pogoda się poprawia, wiem, ile jeszcze do odwiedzenia (czas ucieka) a tu znów trzeba szukać zacienionego miejsca by coś zobaczyć na monitorku przed kolejną drastyczną decyzją.
Skończyło się na 222 ujęciach, niedosycie ‘szczerej i bezinteresownej kontemplacji’ tudzież półgodzinnym spóźnieniu się do głównej bramy. Na szczęście znam wejście-obejście przez dziedziniec botanicznej biblioteki, archiwów i herbarium. W bojowych czasach wemknęłam się tamtędy parę razy do Ogrodów za darmo. Dalej tak czynią (dyskretnie) okoliczni poinformowani, ale ja – w dobie wszechobecnych cctv – nie miałabym już odwagi… nawet uwzględniając tumiwisizm i statystyczną otyłość ‘strażników diademu’.

Powrót ścieżką Kew-Chelsea: podczas high tide, o- i po zachodzie słońca, z przystankami na mega-czernice i pyszne, mirabelko-podobne śliwki (paru odmian). Pięknie!… nawet ze zmęczeniem dającym się mocno we znaki. Turner, Monet czy Whistler mieli zawsze nad Tamizą wiele do roboty. Ja, z paroma ostatnimi bajtami pamięci zerojedynkowej i wzmożoną w takich razach percepcją neuronową, wzdycham do światłocieni póki mogę. Czyli – póki woda nie odcina mi drogi w najmniej poręcznym miejscu – Tu operacje mózgu mego i woli mojej muszą się przeogniskować (dostroić do sposobu istnienia nie lubiących zbyt długiej i ostentacyjnej egzaltacji Anglików).

©BM 16Aug06

Dodaj komentarz