Pocztówka znad Tamizy 14/2006
Nie przypuszczałam, że tego dożyję. Słowo Polska a zwłaszcza Polak i Polacy można znaleźć tego sierpnia niemal codziennie i w każdej gazecie.
Od stycznia do lipca ‘93 natknęłam się w tutejszych mediach na 3 (słownie – trzy) polonica: obit pianisty Horszowskiego, notkę o kłopotach Stoczni Gdańskiej oraz: ‘Suchocka’s government toppled by a single vote’. Tyle przez calutkie pół roku, choć szukałam pilnie. Niesamowite doświadczenie w czasach drogich rozmów telefonicznych i mało dostępnego internetu. Otrzeźwiające, jeśliby ktoś oczekiwał, że MyPolacy wzbudzamy w świecie stałe zainteresowanie, podziw i troskę. A tu: mnóstwo świetnych, pogłębionych spojrzeń na Rosję, Azję, Oceanię, Amerykę Południową (złote czasy dokumentu BBC); o Europie mniej, o centralnej – prawie wcale. Ludzie mający się za ‘zorientowanych w sprawach Wschodu’ nie potrafili nazwać jednego naszego miasta.
Nie powiem, dużo mi ta first hand experience dała – że sprawy kręcą się niekoniecznie wokół nas, a sposobów myślenia (i strukturowania świata) jest co najmniej tyle, ile narodów. Co innego to wiedzieć – co innego – odczuć. Dzień po dniu, w pierwszej prawdziwie dojmującej człowieczej samotności.
Bygone years!… – te tygodnie bez słowa po polsku (nawet dziennik pokładowy szybko ześlizgnął się w angielski). W erze ‘globalnej wioski spełnionej’ (jak przedwojenna apokalipsa przewidywana i spełniona w literaturoznawstwie), przeskakujemy codziennie z kraju do kraju z łatwością kliknięcia.
Współplemieńców realnych jest natomiast tylu, iż zaczęłam odczuwać dyskomfort. Który skojarzył mi się z ‘polską nawałą’ na Wiedeń: 09.’90 – przerażona Austria ogłosiła przywrócenie wiz. Czym bliżej stolicy domykała się pętelka udanego autostopowego objazdu, tym chłodniały postawy tambylców. A szczytem wrażeń stał się widok udżinsowionej masy maszerującej w niedzielny poranek na Renweg (znany kościół polski); szłyśmy z koleżanką – odprasowane jak do Opery w Nowy Rok – w przeciwnym kierunku, do Augustinerkirche… budząc zdumienie rozpoznających nas znajomych.
W Londynie AD 2006 Polacy, język i sprawy polskie wręcz osaczają. I już pomyślałam z niechęcią o decyzji rządu Blair’a, która mi efektywnie skasowała destination of mock splendid-isolation…
…gdy ostatnie scaremongering przywróciło mnie lekko łatwo i przyjemnie na ubity trakt plemiennej solidarności. W miesiącu urlopów i nijakiej pogody wzmogło się (i stało głównym tematem politycznym lata) straszenie imigrantami z Eastern Europe. A zwłaszcza – z Polski. Rząd przekonywał był parę lat temu, iż roczny napływ poszukujących pracy z A8 (ośmiu postkomunistycznych państw Unii) nie przekroczy 13,000. Mimo tego prasa populistyczna była zawsze zdecydowanie krytyczna w tym punkcie. Teraz okazało się, że przez 2 lata do legalnej pracy zarejestrowało się ok. 430,000 EEs. Dodając samozatrudnionych, otrzymujemy ponad 600,000, największą w historii pokojowych napływów ‘pojedynczą falę’. Dochodzą liczni, którzy nie wyrobili National Insurance Number (co nie jest proste). Plus sezonowi pracownicy rolni, studenci, nauczyciele i uczniowie, których tu pełno latem.
Nikt nie lubi, gdy bliźni nie płaci podatków (nawet jeśli sam miał okresy lub rejony nie do końca udokumentowane). Ale jeśli ktoś je płaci, by – po obligatoryjnym okresie legalnego zatrudnienia – przy pierwszej (nie)sprzyjającej okazji przejść na zasiłek, to może lepiej, aby… Pragmatycznym Brytyjczykom praca na czarno zdaje się przeszkadzać dziesięć razy mniej, niż wyłudzanie benefits (droga w górę versus droga w dół osobistej zaradności i pożytku społecznego). Lecz zasadniczo mamy tu sytuację typu ‘tak źle i tak niedobrze’.
Imigracyjna anegdotal evidence wygląda jeszcze jaskrawiej: ‘nowych’ pełno na ulicach, w metrze, dyskotekach, muzeach, kościołach. Tabloidy krzyczą o child benefits, (ich liczba wzrosła o 27,000; zatrudniony w UK pobiera taki zasiłek także na dzieci mieszkające w innym kraju). Opisuje się małe councils obarczone kosztami autokarowych biletów powrotnych dla bezdomnych. Donosi z oburzeniem, jak Słowacy budują sobie wille za jakiś brytyjski socjal. Wkurza ta słowacka chata kruchą emerytkę, płacącą – spory dla niej – podatek lokalny. Zasiedziały obywatel poprawiłby raczej bezpieczeństwo na ulicach, polepszył transport publiczny czy szkoły. Władze lokalne narzekają na brak dodatkowych środków w rejonach, gdzie chętnie osiedlają się Polacy (zapisując w paru tygodniach do szkoły sześćdziesięcioro dzieci nie mówiących w domu po angielsku). Autobusy i metro stają się z dnia na dzień bardziej przepełnione. A luźne nie były nigdy. By jednak dostać większą kasę, local authorities muszą dowieść, że ludzie rzeczywiście mieszkają na danym terenie. Jest to proste, gdy właściciel lub najemca zgłasza się do płacenia council tax - ale w podupadłych dzielnicach (gdzie najczęściej wynajmują Polacy) ludzi teoretycznie ubywa.
Daily Mail, z typową mu kurtuazją i wdziękiem, opisywał na początku lata podlondyńskie Slough, na które najechała szarańcza 10,000 (a może i drugie tyle) Nadwiślan. Dla lubiących przestrzeń i ciszę Anglików horda wielkości całego Brzeska czy Bochni do przyjemności nie należy. Nawet gdy jest to Brzesko młode, szczupłe, uprzejme i pracowite.
Na początku lata podawano, że tylko co piąta młoda pielęgniarka znajdzie pracę w zawodzie. Ostatnio wzrosło bezrobocie, choć liczba zatrudnionych też – i to znacznie. Faktem jest dumping stawkowy w low-skilled-jobs (ktoś słyszał o Polakach ofiarujących się pracować za funta za godzinę).
Napływ EEs oznacza, że wiele osób z dołów drabiny społecznej w życiu nie powącha pracy. Jakiejkolwiek. Po pierwsze nie zechcą za marne w ich pojęciu pieniądze, a po drugie – ich nikt nie zechce. Tak poszerzy się krąg ‘wyuczonej bezradności’: ludzi zdanych na innych, zamulających swą frustrację narkotykami, alkoholem, opychaniem się hamburgerami i słodyczami. Przekuwających to wszystko w agresję…
Jest też wielu ‘ludzi ciężkiej pracy’, niezadowolonych z ostatniej obniżki (lub nie-wzrastania) dochodów. Mają rodziny na utrzymaniu, kredyty mieszkaniowe i szkoły do opłacenia – tu i teraz. Ekonomiści i ludzie dobrze wykwalifikowani są generalnie za (z wyjątkiem małej grupy lewicujących i kampusowców, którzy ‘współczują’ bardziej zasiedziałej working class).
Zatem straszenie Polakami (którym ambicji i pracowitości na ogół się nie odmawia) umieścić należy w szerszym kontekście: problemów już istniejących w tym społeczeństwie, obaw o social cohesion. Oraz nie zachęcających doświadczeń z wcześniejszymi falami imigracji (nastawienie na socjal, gettoizacja, przestępczość w nie-integrujących się środowiskach). Publikatory jakościowe starają się więc pokazać, że Polacy, Litwini czy Słowacy to kultura zachodnia: basically they just join in – mówi Brytyjczyk w specjalnym News Tonight Radia 4 (na żywo z Southampton, gdzie chętnie osiedlają się Polacy). Pokazuje się, ile Brytania od stuleci zawdzięcza ludności napływowej: od Hugenotów i Żydów sefardyjskich a nawet zupełne przedhistorycznych najeźdźców i osadników. ‘Jesteśmy narodem imigrantów a wkład ostatniej fali w Gross Domestic Product jest per saldo dodatni’, dowodzą organizacje biznesu. Daily Mail ripostuje: ma to miejsce dopiero powyżej £27,000 pa; na mniej zarabiających zrzucają się inni, dotując transport, służbę zdrowia, bezpieczeństwo, szkoły. Bo niskie ceny i nieznaczna inflacja (przy sporym wzroście) są bardzo szybko taken for granted… Nie tylko tu.
Nagłówki ‘Ile jeszcze możemy wchłonąć?’ czy ‘Po polskim potopie czeka nas potop rumuński’ mogą się przełożyć na zamknięcie drogi do pracy w UK obywatelom Rumunii i Bułgarii. Co ucieszy wielu Polaków, zgodnie z regułą ‘jeszcze tylko my i – tratwa full’. Rząd odpowiada wymijająco na nawoływania opozycji (i organizacji typu Migrationwatch) do kontroli i przyhamowania napływu. Problem być może ‘rozwiąże’ Bruksela – jeśli ‘aspiranci 2007’ nie zdążą spełnić kryteriów…
A moje osobiste obserwacje i wrażenia? – Całe spektrum. Śmierdzący pijaczkowie klnący po polsku na skwerku SKen. Młody z doskonałym angielskim próbujący wyłudzić dwa funty ‘na autobus bo zgubił drogę do Liverpool Street Stn’ (na Strandzie: usłyszał, że idę z przyjemnością z Kensington, w planach mam katedrę, Tower i pieszy powrót …‘and bus ticket is only £ 1.5′… usiłował wynegocjować choć funta i akcent mu słowiańszczał w trakcie tych negocjacji… aż do polskiego pomruku). Parę godzin później, w ciszy niedzielno-lipcowego residential area stek przekleństw; osiłek narzeka do kolegów: ‘a mówiła, że będzie blisko, a k… idziemy już ze cztery kilosy… Londyn j…!’ Piątek 1.09, Greenwich: super pogoda, rewelacyjny widok z góry (Docklands, City). Chodzę po muzeum, odświeżam sobie te niesamowite przyrządy do określania czasu i przestrzeni. Nagle wpada mi w ucho kłótnia. On sfrustrowany: ‘tak, ty zawsze jesteś genialna, ty i tylko ty!… pracę znalazłaś, wszystko załatwiłaś!’ Ona: ‘…ale ani ty ani tamci nie potraficie tego docenić a ja też mam prawo być zmęczona albo się chcieć odprężyć!’ Młodzi usuwają się na bok by się jeszcze soczyściej pokłócić o to, czy wycieczka do Południka Zero i ich tutejsze życiowe arrangements są dostatecznie atrakcyjne… A wokoło tyle osób mówiących po polsku…
Jest i przeciwwaga: od przelotnych zetknięć w metrze (gdy do polskich dwudziestolatków z dzieckiem uśmiecha się na pożegnanie pół wagonu) poprzez spotkanego parę dni temu na Hampstead Heath starszego pana, który – w dłuższej rozmowie – twierdzi, że wstyd mu za te ataki na dzielnych i pracowitych młodych ludzi (you know, too many of our fatties feel at a disadvantage…and the only thing they have is the dubious superiority of being born here ). Pochwalenie się znajomością paru Polek i Polaków, (którzy pracowali lub pracują u niego i znajomych) należy do rytuału. Wielu wartościowych starszych ludzi rozczula w Polakach to, czego sami nie zdołali przekazać młodszym generacjom: doskonalenie charakteru, samodyscyplina, poświęcenie, zdolność do samoograniczeń w sferze materialnej, uporządkowane podejście do ‘spraw ducha’, dzielność w przezwyciężaniu trudności. Przypomina im to własną młodość: wojenną i powojenną. Polscy murarze, kelnerzy, babysitterki czy sprzątaczki stają się dla nich czasem rodzajem duchowych dzieci. Częściej – tylko irytującym, chodzącym wyrzutem sumienia. Co może przybrać postać ‘boring – seldom go out, never have fun… just save money’. I wtedy trzeba jakoś tłumaczyć, że enjoying oneself nie musi oznaczać picia na umór, obiegania nago pubów czy casual one night stands. Czasem żartuję, że ktoś powinien zachować zdrowie na przejęcie odpowiedzialności za kraj gdy previous settlers wyniszczą się rakiem wątroby, cukrzycą i innymi plagami okresu schyłku. Co ich doprowadza do bezsilnej pasji, bo nie widzą jeszcze aż tylu zawodników w polskim ostrym piciu, ilu może się ujawnić w mniej pionierskiej fazie osadnictwa.
Hmmm, przez całe to wakacyjne straszenie imigracją nawet tak (wydawałoby się) samoświadoma osoba, jak Państwa korespondentka stała się a bit touchy. Na przykład – zaczęło jej przeszkadzać pytanie ‘Skąd jesteś?’ Stale zadawane i świadczące raczej o nieporadności konwersacyjnej i braku wyobraźni, niż o jakichś złych intencjach. Ale jeśli kolejną frazą będzie: ‘tak, w Londynie jest teraz baaardzo wielu Polaków’ albo ‘Polacy są teraz wszędzie’ albo ‘czasem trochę za wielu ale to mili ludzie’ albo ‘jedyną dobrą stroną jest to, że oni naprawdę chcą pracować’ – wówczas człowiek się zjeża i przechodzi do defensywy. A potem do takiej czy innej ofensywy. Tak to działa w przypadku ‘profilowanych etnicznie’ młodych mężczyzn o azjatyckich rysach. Na szczęście – jako bądź co bądź filolog – mam celną, wybiórczą i nie powodującą strat w ludziach i mieniu broń – słowo. Poleruję więc pewne quips by ich użyć – żartobliwie, dobrodusznie, ironicznie, kąśliwie, z irytacją – gdy na przykład jakiś gostek zaczepi mnie podczas fotografowania. Chatting up line: ‘you seem to be a fine photographer, have been watching you for some time… where are you from?’
W dniu, w którym przeglądam tę Pocztówkę, z akademika wyjechały dwie miłe Polki. B i O – po pierwszym roku na jednym z lepszych wydziałów zacnego uniwersytetu – przybyły popracować, pozwiedzać, poznać ludzi, podszlifować język, itd. To wszystko udało im się znakomicie. Plus – pozostawiły po sobie jak najlepsze wrażenia: ‘Very nice, hard-working and clever girls’, podsumowała bursar V. No właśnie.
©BM 29Aug06-7Sep06