Archiwum z grudzień, 2008

Immigrant nation

1 grudzień 2008

Pocztówka znad Tamizy 14/2006

Nie przypuszczałam, że tego dożyję. Słowo Polska a zwłaszcza Polak i Polacy można znaleźć tego sierpnia niemal codziennie i w każdej gazecie.

Od stycznia do lipca ‘93 natknęłam się w tutejszych mediach na 3 (słownie – trzy) polonica: obit pianisty Horszowskiego, notkę o kłopotach Stoczni Gdańskiej oraz: ‘Suchocka’s government toppled by a single vote’. Tyle przez calutkie pół roku, choć szukałam pilnie. Niesamowite doświadczenie w czasach drogich rozmów telefonicznych i mało dostępnego internetu. Otrzeźwiające, jeśliby ktoś oczekiwał, że MyPolacy wzbudzamy w świecie stałe zainteresowanie, podziw i troskę. A tu: mnóstwo świetnych, pogłębionych spojrzeń na Rosję, Azję, Oceanię, Amerykę Południową (złote czasy dokumentu BBC); o Europie mniej, o centralnej – prawie wcale. Ludzie mający się za ‘zorientowanych w sprawach Wschodu’ nie potrafili nazwać jednego naszego miasta.

Nie powiem, dużo mi ta first hand experience dała – że sprawy kręcą się niekoniecznie wokół nas, a sposobów myślenia (i strukturowania świata) jest co najmniej tyle, ile narodów. Co innego to wiedzieć – co innego – odczuć. Dzień po dniu, w pierwszej prawdziwie dojmującej człowieczej samotności.

Bygone years!… – te tygodnie bez słowa po polsku (nawet dziennik pokładowy szybko ześlizgnął się w angielski). W erze ‘globalnej wioski spełnionej’ (jak przedwojenna apokalipsa przewidywana i spełniona w literaturoznawstwie), przeskakujemy codziennie z kraju do kraju z łatwością kliknięcia.

Współplemieńców realnych jest natomiast tylu, iż zaczęłam odczuwać dyskomfort. Który skojarzył mi się z ‘polską nawałą’ na Wiedeń: 09.’90 – przerażona Austria ogłosiła przywrócenie wiz. Czym bliżej stolicy domykała się pętelka udanego autostopowego objazdu, tym chłodniały postawy tambylców. A szczytem wrażeń stał się widok udżinsowionej masy maszerującej w niedzielny poranek na Renweg (znany kościół polski); szłyśmy z koleżanką – odprasowane jak do Opery w Nowy Rok – w przeciwnym kierunku, do Augustinerkirche… budząc zdumienie rozpoznających nas znajomych.
W Londynie AD 2006 Polacy, język i sprawy polskie wręcz osaczają. I już pomyślałam z niechęcią o decyzji rządu Blair’a, która mi efektywnie skasowała destination of mock splendid-isolation…

…gdy ostatnie scaremongering przywróciło mnie lekko łatwo i przyjemnie na ubity trakt plemiennej solidarności. W miesiącu urlopów i nijakiej pogody wzmogło się (i stało głównym tematem politycznym lata) straszenie imigrantami z Eastern Europe. A zwłaszcza – z Polski. Rząd przekonywał był parę lat temu, iż roczny napływ poszukujących pracy z A8 (ośmiu postkomunistycznych państw Unii) nie przekroczy 13,000. Mimo tego prasa populistyczna była zawsze zdecydowanie krytyczna w tym punkcie. Teraz okazało się, że przez 2 lata do legalnej pracy zarejestrowało się ok. 430,000 EEs. Dodając samozatrudnionych, otrzymujemy ponad 600,000, największą w historii pokojowych napływów ‘pojedynczą falę’. Dochodzą liczni, którzy nie wyrobili National Insurance Number (co nie jest proste). Plus sezonowi pracownicy rolni, studenci, nauczyciele i uczniowie, których tu pełno latem.
Nikt nie lubi, gdy bliźni nie płaci podatków (nawet jeśli sam miał okresy lub rejony nie do końca udokumentowane). Ale jeśli ktoś je płaci, by – po obligatoryjnym okresie legalnego zatrudnienia – przy pierwszej (nie)sprzyjającej okazji przejść na zasiłek, to może lepiej, aby… Pragmatycznym Brytyjczykom praca na czarno zdaje się przeszkadzać dziesięć razy mniej, niż wyłudzanie benefits (droga w górę versus droga w dół osobistej zaradności i pożytku społecznego). Lecz zasadniczo mamy tu sytuację typu ‘tak źle i tak niedobrze’.

Imigracyjna anegdotal evidence wygląda jeszcze jaskrawiej: ‘nowych’ pełno na ulicach, w metrze, dyskotekach, muzeach, kościołach. Tabloidy krzyczą o child benefits, (ich liczba wzrosła o 27,000; zatrudniony w UK pobiera taki zasiłek także na dzieci mieszkające w innym kraju). Opisuje się małe councils obarczone kosztami autokarowych biletów powrotnych dla bezdomnych. Donosi z oburzeniem, jak Słowacy budują sobie wille za jakiś brytyjski socjal. Wkurza ta słowacka chata kruchą emerytkę, płacącą – spory dla niej – podatek lokalny. Zasiedziały obywatel poprawiłby raczej bezpieczeństwo na ulicach, polepszył transport publiczny czy szkoły. Władze lokalne narzekają na brak dodatkowych środków w rejonach, gdzie chętnie osiedlają się Polacy (zapisując w paru tygodniach do szkoły sześćdziesięcioro dzieci nie mówiących w domu po angielsku). Autobusy i metro stają się z dnia na dzień bardziej przepełnione. A luźne nie były nigdy. By jednak dostać większą kasę, local authorities muszą dowieść, że ludzie rzeczywiście mieszkają na danym terenie. Jest to proste, gdy właściciel lub najemca zgłasza się do płacenia council tax - ale w podupadłych dzielnicach (gdzie najczęściej wynajmują Polacy) ludzi teoretycznie ubywa.
Daily Mail, z typową mu kurtuazją i wdziękiem, opisywał na początku lata podlondyńskie Slough, na które najechała szarańcza 10,000 (a może i drugie tyle) Nadwiślan. Dla lubiących przestrzeń i ciszę Anglików horda wielkości całego Brzeska czy Bochni do przyjemności nie należy. Nawet gdy jest to Brzesko młode, szczupłe, uprzejme i pracowite.

Na początku lata podawano, że tylko co piąta młoda pielęgniarka znajdzie pracę w zawodzie. Ostatnio wzrosło bezrobocie, choć liczba zatrudnionych też – i to znacznie. Faktem jest dumping stawkowy w low-skilled-jobs (ktoś słyszał o Polakach ofiarujących się pracować za funta za godzinę).
Napływ EEs oznacza, że wiele osób z dołów drabiny społecznej w życiu nie powącha pracy. Jakiejkolwiek. Po pierwsze nie zechcą za marne w ich pojęciu pieniądze, a po drugie – ich nikt nie zechce. Tak poszerzy się krąg ‘wyuczonej bezradności’: ludzi zdanych na innych, zamulających swą frustrację narkotykami, alkoholem, opychaniem się hamburgerami i słodyczami. Przekuwających to wszystko w agresję…
Jest też wielu ‘ludzi ciężkiej pracy’, niezadowolonych z ostatniej obniżki (lub nie-wzrastania) dochodów. Mają rodziny na utrzymaniu, kredyty mieszkaniowe i szkoły do opłacenia – tu i teraz. Ekonomiści i ludzie dobrze wykwalifikowani są generalnie za (z wyjątkiem małej grupy lewicujących i kampusowców, którzy ‘współczują’ bardziej zasiedziałej working class).

Zatem straszenie Polakami (którym ambicji i pracowitości na ogół się nie odmawia) umieścić należy w szerszym kontekście: problemów już istniejących w tym społeczeństwie, obaw o social cohesion. Oraz nie zachęcających doświadczeń z wcześniejszymi falami imigracji (nastawienie na socjal, gettoizacja, przestępczość w nie-integrujących się środowiskach). Publikatory jakościowe starają się więc pokazać, że Polacy, Litwini czy Słowacy to kultura zachodnia: basically they just join in – mówi Brytyjczyk w specjalnym News Tonight Radia 4 (na żywo z Southampton, gdzie chętnie osiedlają się Polacy). Pokazuje się, ile Brytania od stuleci zawdzięcza ludności napływowej: od Hugenotów i Żydów sefardyjskich a nawet zupełne przedhistorycznych najeźdźców i osadników. ‘Jesteśmy narodem imigrantów a wkład ostatniej fali w Gross Domestic Product jest per saldo dodatni’, dowodzą organizacje biznesu. Daily Mail ripostuje: ma to miejsce dopiero powyżej £27,000 pa; na mniej zarabiających zrzucają się inni, dotując transport, służbę zdrowia, bezpieczeństwo, szkoły. Bo niskie ceny i nieznaczna inflacja (przy sporym wzroście) są bardzo szybko taken for granted… Nie tylko tu.

Nagłówki ‘Ile jeszcze możemy wchłonąć?’ czy ‘Po polskim potopie czeka nas potop rumuński’ mogą się przełożyć na zamknięcie drogi do pracy w UK obywatelom Rumunii i Bułgarii. Co ucieszy wielu Polaków, zgodnie z regułą ‘jeszcze tylko my i – tratwa full’. Rząd odpowiada wymijająco na nawoływania opozycji (i organizacji typu Migrationwatch) do kontroli i przyhamowania napływu. Problem być może ‘rozwiąże’ Bruksela – jeśli ‘aspiranci 2007’ nie zdążą spełnić kryteriów…

A moje osobiste obserwacje i wrażenia? – Całe spektrum. Śmierdzący pijaczkowie klnący po polsku na skwerku SKen. Młody z doskonałym angielskim próbujący wyłudzić dwa funty ‘na autobus bo zgubił drogę do Liverpool Street Stn’ (na Strandzie: usłyszał, że idę z przyjemnością z Kensington, w planach mam katedrę, Tower i pieszy powrót …‘and bus ticket is only £ 1.5′… usiłował wynegocjować choć funta i akcent mu słowiańszczał w trakcie tych negocjacji… aż do polskiego pomruku). Parę godzin później, w ciszy niedzielno-lipcowego residential area stek przekleństw; osiłek narzeka do kolegów: ‘a mówiła, że będzie blisko, a k… idziemy już ze cztery kilosy… Londyn j…!’ Piątek 1.09, Greenwich: super pogoda, rewelacyjny widok z góry (Docklands, City). Chodzę po muzeum, odświeżam sobie te niesamowite przyrządy do określania czasu i przestrzeni. Nagle wpada mi w ucho kłótnia. On sfrustrowany: ‘tak, ty zawsze jesteś genialna, ty i tylko ty!… pracę znalazłaś, wszystko załatwiłaś!’ Ona: ‘…ale ani ty ani tamci nie potraficie tego docenić a ja też mam prawo być zmęczona albo się chcieć odprężyć!’ Młodzi usuwają się na bok by się jeszcze soczyściej pokłócić o to, czy wycieczka do Południka Zero i ich tutejsze życiowe arrangements są dostatecznie atrakcyjne… A wokoło tyle osób mówiących po polsku…

Jest i przeciwwaga: od przelotnych zetknięć w metrze (gdy do polskich dwudziestolatków z dzieckiem uśmiecha się na pożegnanie pół wagonu) poprzez spotkanego parę dni temu na Hampstead Heath starszego pana, który – w dłuższej rozmowie – twierdzi, że wstyd mu za te ataki na dzielnych i pracowitych młodych ludzi (you know, too many of our fatties feel at a disadvantage…and the only thing they have is the dubious superiority of being born here ). Pochwalenie się znajomością paru Polek i Polaków, (którzy pracowali lub pracują u niego i znajomych) należy do rytuału. Wielu wartościowych starszych ludzi rozczula w Polakach to, czego sami nie zdołali przekazać młodszym generacjom: doskonalenie charakteru, samodyscyplina, poświęcenie, zdolność do samoograniczeń w sferze materialnej, uporządkowane podejście do ‘spraw ducha’, dzielność w przezwyciężaniu trudności. Przypomina im to własną młodość: wojenną i powojenną. Polscy murarze, kelnerzy, babysitterki czy sprzątaczki stają się dla nich czasem rodzajem duchowych dzieci. Częściej – tylko irytującym, chodzącym wyrzutem sumienia. Co może przybrać postać ‘boring – seldom go out, never have fun… just save money’. I wtedy trzeba jakoś tłumaczyć, że enjoying oneself nie musi oznaczać picia na umór, obiegania nago pubów czy casual one night stands. Czasem żartuję, że ktoś powinien zachować zdrowie na przejęcie odpowiedzialności za kraj gdy previous settlers wyniszczą się rakiem wątroby, cukrzycą i innymi plagami okresu schyłku. Co ich doprowadza do bezsilnej pasji, bo nie widzą jeszcze aż tylu zawodników w polskim ostrym piciu, ilu może się ujawnić w mniej pionierskiej fazie osadnictwa.

Hmmm, przez całe to wakacyjne straszenie imigracją nawet tak (wydawałoby się) samoświadoma osoba, jak Państwa korespondentka stała się a bit touchy. Na przykład – zaczęło jej przeszkadzać pytanie ‘Skąd jesteś?’ Stale zadawane i świadczące raczej o nieporadności konwersacyjnej i braku wyobraźni, niż o jakichś złych intencjach. Ale jeśli kolejną frazą będzie: ‘tak, w Londynie jest teraz baaardzo wielu Polaków’ albo ‘Polacy są teraz wszędzie’ albo ‘czasem trochę za wielu ale to mili ludzie’ albo ‘jedyną dobrą stroną jest to, że oni naprawdę chcą pracować’ – wówczas człowiek się zjeża i przechodzi do defensywy. A potem do takiej czy innej ofensywy. Tak to działa w przypadku ‘profilowanych etnicznie’ młodych mężczyzn o azjatyckich rysach. Na szczęście – jako bądź co bądź filolog – mam celną, wybiórczą i nie powodującą strat w ludziach i mieniu broń – słowo. Poleruję więc pewne quips by ich użyć – żartobliwie, dobrodusznie, ironicznie, kąśliwie, z irytacją – gdy na przykład jakiś gostek zaczepi mnie podczas fotografowania. Chatting up line: ‘you seem to be a fine photographer, have been watching you for some time… where are you from?’

W dniu, w którym przeglądam tę Pocztówkę, z akademika wyjechały dwie miłe Polki. B i O – po pierwszym roku na jednym z lepszych wydziałów zacnego uniwersytetu – przybyły popracować, pozwiedzać, poznać ludzi, podszlifować język, itd. To wszystko udało im się znakomicie. Plus – pozostawiły po sobie jak najlepsze wrażenia: ‘Very nice, hard-working and clever girls’, podsumowała bursar V. No właśnie.

©BM 29Aug06-7Sep06

Playing truant in Kew

1 grudzień 2008

Pocztówka znad Tamizy 13/2006

Po rekordowym lipcu, sierpień jest angielski, sprzed global warming. Około 20C, chmurki, wiatr, deszcz, przejaśnienia… i da capo. Trawa zielenieje, opadów przyda się znacznie więcej.
Wtorek 15.08 zapowiadał się pogodnie. Na poczet święta poszły więc poniedziałkowe nieszpory maryjne w Brompton Oratory (wyśmienita muzyka w wykonaniu odrodzonego chóru) i msza (fulfils obligation). Piętnasty przeznaczony był bowiem ‘na Kew’, gdzie znajdują się?… brytyjskie archiwa.
Nie o tym Państwo myśleli? Hmmm… Ja też nie wyłącznie.

W drodze dostałam sms od ex-tutor. Z R widziałyśmy się ostatnio piątego. Teraz ma pomysł: „Polish nat&rel hol:no point you sitting in stuffy archives. Come&pick BotGdns card 4afternoon”.
R mieszka z rodziną w Kew… Bilet kosztuje £11.75… W Ogrodach byłam ostatnio we wrześniu ’97, po Szkocji… Pokusa okazała się silna, archiwa dostały swe trzy kwadranse (nie ostatnie), po czym lekkim krokiem i z raczej lekkim sumieniem wkroczyłam do Mekki światowej botaniki.

Za 3 lata RBG obchodzić będą 250-lecie założenia. Ich rozwój i ekspansja terytorialna przypadły na erę wiktoriańską (1848 – Palm House; 1852 – Waterlily House; 1860-99 – Temperate House, ‘world’s largest ornamental glasshouse, 180 m-long’). Choć obecnie punkt ciężkości (zbiory, eksperymenty, przechowalnictwo) przenosi się – jak wiele innych wysiłków – za wielką wodę, w Royal Botanic Gardens konserwuje się i perfekcyjnie eksponuje heritage. Współczesność wchodzi w miarę środków. W porywach – efektownie, jak choćby w przypadku Princess of Wales Conservatory z 1987, (nazwa nie dla otwierającej szklarnie Diany, lecz dla założycielki Ogrodów – Augusty). Albo Alpine House (inauguracja 04. 2006). 121 takich hektarów zapiera dech (i wymaga formy), budząc uzasadnioną dumę mieszkańców UK i Londyńczyków.

Nie zrażają ich wysokie koszta wyprawy (zwłaszcza rodzinnej). Wielu ma – jak R – karty roczne: Gdzie jak gdzie, ale tu nie da się powiedzieć, że się w pełni ‘było’, jeśli się nie doświadczyło w lutym i marcu – Crocus Carpet (2,300,000 cebulek pod Victoria Gate, 600,000 wzdłuż Princess Walk) czy narcyzowych pól; w kwietniu – kwitnących biało i różowo, ‘czereśniopodobnych’ drzew indyjskich i japońskich (w które zresztą obfituje cała Wyspa); w maju – choćby Lilac Garden (‘Go down to Kew in lilac-time, it isn’t far from London’ to coś jak nasze ‘Kiedy znów zakwitną białe bzy’) czy niesamowitego buszu rododendronów i azalii (przez Rhododendron Dell idzie się kwadrans); w czerwcu różanego szaleństwa (tylko pod Palm House – 54 spore rabaty); w lipcu sierpniu i wrześniu – pełni rozkwitu i owocowania; w październiku – liścianej orgii barw; końcem listopada – początku kwitnienia drzew i roślin zimowych; w grudniu i styczniu – zdumienia, że aż tyle dzieje się (i kwitnie!) ‘zimą’… nie tylko w ‘szklanych domach’ i akwariach pod nimi. Atrakcyjność Ogrodów wzmaga architektura, sąsiedztwo słynnych terenów zielonych (choćby Richmond, Wimbledon, Hampton Ct, Sion Pk) i bliskość Tamizy.

Nie spodziewając się ‘takiego’ przebiegu dnia, miałam już w pamięci telefonu 150 zdjęć; szybko więc zaczęły się kłopoty z upychaniem pęczniejącego urobku. (Unicestwiłam rzadkie, ekskluzywne auta, potem – rzadsze wehikuły historyczne, po nich kilkanaście półek Cadbury, większość wysmakowanych ujęć Tamizy, wreszcie niepowtarzalne scenki uliczno-jezdniowe). Co pięć kroków – dramat: pogoda się poprawia, wiem, ile jeszcze do odwiedzenia (czas ucieka) a tu znów trzeba szukać zacienionego miejsca by coś zobaczyć na monitorku przed kolejną drastyczną decyzją.
Skończyło się na 222 ujęciach, niedosycie ‘szczerej i bezinteresownej kontemplacji’ tudzież półgodzinnym spóźnieniu się do głównej bramy. Na szczęście znam wejście-obejście przez dziedziniec botanicznej biblioteki, archiwów i herbarium. W bojowych czasach wemknęłam się tamtędy parę razy do Ogrodów za darmo. Dalej tak czynią (dyskretnie) okoliczni poinformowani, ale ja – w dobie wszechobecnych cctv – nie miałabym już odwagi… nawet uwzględniając tumiwisizm i statystyczną otyłość ‘strażników diademu’.

Powrót ścieżką Kew-Chelsea: podczas high tide, o- i po zachodzie słońca, z przystankami na mega-czernice i pyszne, mirabelko-podobne śliwki (paru odmian). Pięknie!… nawet ze zmęczeniem dającym się mocno we znaki. Turner, Monet czy Whistler mieli zawsze nad Tamizą wiele do roboty. Ja, z paroma ostatnimi bajtami pamięci zerojedynkowej i wzmożoną w takich razach percepcją neuronową, wzdycham do światłocieni póki mogę. Czyli – póki woda nie odcina mi drogi w najmniej poręcznym miejscu – Tu operacje mózgu mego i woli mojej muszą się przeogniskować (dostroić do sposobu istnienia nie lubiących zbyt długiej i ostentacyjnej egzaltacji Anglików).

©BM 16Aug06

Salmonella, e-coli and the BSE…

1 grudzień 2008

Pocztówka znad Tamizy 12/2006

Salmonella, e-coli and the BSE
all the British cuisine is a misery

– śpiewał 10 lat temu znany komik (zaciągając z francuska). Były to czasy mad cow disease – dla Francuzów rzadka okazja do rewanżu na nieźle prosperujących sąsiadach. Nieuchronny atak został więc rozbrojony (to defuse, to pre-empty) przez angielskiego błazna. Po dziesięciu latach poradniki eating out donoszą, że połowa z 20 najlepszych europejskich restauracji (Michelin ratings) znajduje się na Wyspie (głównie w Londynie). Ale bywają też lokale, jak pewien ‘polski’ w pobliżu, gdzie kitchen porter zaczyna(ł) pracę od dobicia i usunięcia kilkunastu szczurów. Co tłumaczono sąsiedztwem czeluści knajpki z metrem SKen; jak wiele podobnych lokali, wynajmuje ona ground floor i głębokie (niedowentylowane) zaplecze produkcyjne. Nigdy nie wspomniałam o inteligentnych gryzoniach starszemu pastorowi anglikańskiemu, który z upodobaniem zamawiał ‘u Polek’ schabowego z gryczaną i buraczkami. Dziwiąc się, że tak powściągliwie korzystam z jego szczodrej kurtuazji.

W brytyjskim food-biznesie wciąż bywają w użyciu naczynia aluminiowe, płucze się równie niedokładnie, jak w niektórych domach working class (P17/2004) a ręce myje nieczęsto – zwłaszcza, gdy jest duży ruch i oszczędności na personelu. Zagadnięci polscy kucharze z dyplomami twierdzili (w 2 połowie lat 90tych, ale jeśli się tu coś zmieniło – w dobie panicznej walki o obniżkę kosztów – to na gorsze) – że eating out w Londynie nie zaryzykują nawet po drastycznej zmianie swej sytuacji finansowej.
Może przesada – boć wspólny posiłek (w tym poza domem) stanowi jedną z podstaw budowania więzi międzyludzkich. I jedną z pikantniejszych przypraw życia – także w Londyniszczu.
Ale nie da się zlekceważyć tematu jako publicystycznego hype, higienicznej obsesji klasy średniej (aż po obsessive-compulsive disorder, z ‘chorym’ dążeniem do schludności i sterylności) czy resentymentu zasuwającego chefa (z wiedzą i wymaganiami w kwestii jakościowego posiłku).

W ciągu lat, jakie upłynęły od natrętnego rozgoszczenia się w mej pamięci tytułowej piosenki, repertuar możliwych okołożywnościowych scares znacznie się poszerzył: na przełomie tysiącleci szalała foot and mouth disease, doszły sars i avian flu.
Modus vivendi ludu tego to – oksymoroniczne – życie coraz mniej zdrowe plus coraz większe do zdrowia aspiracje. Zatem – przy podstawowym trybie publikatorów niższego lotu, straszycielstwie – tematyka ‘jak nas truje przemysł spożywczy’ idzie jak woda. Podobnie – naukowe, przednaukowe, paranaukowe a nawet naukawe nowinki (dowolnie luźno związane z ‘what is and what isn’t good for you’).

Sprawa Cadbury’s jest jednak wyjątkowa. Bo to flagowiec brytyjskiego przemysłu czekoladowego (ok. 40% udziałów w rynku). Jego wyroby – niegdyś przedmiot westchnień dzieciaków na Wyspie i w koloniach, teraz zalewający półki sklepów i sklepików ‘stuff’ – były symbolem jakości, tradycji i stylu (Dairy Milk brand ma ponad 100 lat). Jeden z ‘moich’ lotników wymieniał powojenną zażyłość z czekoladową dynastią na jednym oddechu z zestrzeleniami w bitwie o Anglię i emocjami późniejszych wypraw nad Niemcy… Wciąż się wypomina (w kontekście coraz groźniejszego obesity crisis), jak wiele dzisiejszych babć i prababć święcie wierzyło, iż tabliczka Dairy Milk zawiera półtorej szklanki mleka – co sugerowała reklama. Roztapiano czasem te maziste słodkości by dać milusińskim łatwiejszy dostęp do ich niezrównanych wartości odżywczych. Odkąd znam Anglię, tańsze i droższe pudełka Cadbury były idealnym załącznikiem na każdą okazję: od wyjścia na ‘zwykłą’ kolację do znajomych, upominku końcoworocznego dla ‘pani’ czy tutor, podzięki dla cleaning lady na Xmas, po pierwszą wizytę u rodziców lubego/lubej.
(Kontynentalsi – w tym i ja – uważają smak Cadbury’s za zbyt słodki, tłusty i bez wyrazu – ale nie w tym rzecz).

Firma była więc dotąd pieszczochem i autorytetem. Ale też molochem z kilkunastoma fabrykami. I coraz mocniejszym graczem na scalających się rynkach międzynarodowych. W ostatnich latach – także na polskim (kupiła Wedla).
Dlatego 23.06, w drodze z Gatwick na Victoria, nie dowierzałam uszom. Jakże – ten potentat zaryzykował ukrywanie od stycznia faktu wykrycia w swych wyrobach i półproduktach bakterii salmonelli?!… Nawet, gdyby nic się nie stało konsumentom a żadna z agend (Health Protecton Agency, Food Standards Agency) nie poprosiła akurat o próbki – jakiś pracownik mógłby pójść do mediów! (kasa i nimb whistle-blowera).
Ale nie udało się. Gorzej: rzadka odmiana salmonelli – montevideo smvdX07 spowodowała wiosną zatrucie przynajmniej 37 osób, w większości niemowląt i dzieci. W tym kilka cięższych przypadków.

Adekwatna reakcja oznaczałaby znaczne zmniejszenie profitów z dwu słodkich szczytów sezonu: wielkanocnego oraz Mothering Sunday (w 2006 – 14maja). Ale może zdołano by (bodaj) wybrać dogodny moment wycofania zarażonej galanterii ze sprzedaży, opracować strategię i warianty PR a w skrajnie niesprzyjających rozwojach nastrojów – spróbować wcisnąć opinii publicznej, że zdrowie konsumenta jest stokroć ważniejsze od profitów Cadbury-Schweppes. A nawet – proszę, jak się poświęcamy – od zaufania do producenta…
Jednak wybrano cover-up, licząc na łut szczęścia (przy niewielkim skażeniu próbek… tak bronią się szefowie).

Po pięciu miesiącach (23.06), 5 dni po nakazie HPA, przyznano, że ‘jest problem’. I dano nakaz wycofania ze sprzedaży w UK miliona sztuk choco w siedmiu wariantach (250g Dairy Milk Turkish, Dairy Milk Caramel, Dairy Milk Mint, Dairy Milk 8 chunk, 1kg Dairy Milk bar, 105g Dairy Milk Buttons Easter Egg, 10g Freddo bar). Dwa pierwsze typy wycofano też w Irlandii. Lecz eksperci FSA twierdzą, iż zakażona baza mleczno-cukrowo-kakaowa służyła do produkcji ponad 40 typów wyrobów; niektóre z nich zmagazynowano już na przyszły sezon wielkanocny. Wyszło też na jaw, że ta sama fabryka (Marlbrook, Hertfordshire) miała salmonellowy problem już 4 lata temu.

Szefostwu grożą precedensowe indywidualne procesy karne (Food Safety Act 1990). Firmie – indywidualne i zbiorowe pozwy odszkodowawcze. A style gurus wyrokują, że – dla pani, na piknik czy garden party – tym razem może jednak nie Cadbury boxes… Upał był do niedawna najlepszym guru…

Powiedzą Państwo – taki sobie incydencik. Nie byłby wart relacji, gdyby nie obecność firmy na polskim rynku. Jak się rzekło, potentat stapia i magazynuje przed-konfekcyjny crumb na wiele miesięcy przed przewidywanym szczytem sprzedaży (w specjalnych silosach). Można się obawiać, że – gdy opadnie obecna publicity – zechce gdzieś upchnąć trefne wyroby lub ich bazę (by zminimalizować znaczne straty na brytyjskim rynku – dotąd ok. £30m w sprzedażach, 5m wydatków na publicity, kilkanaście – na unowocześnienie fabryki…)
Ale nie naszym kosztem – MyPolacy mamy równie wrażliwe dusze ciała i kieszenie, a więcej (niż Brytyjczycy) do zrobienia na niwie konsumenckiej świadomości i nacisku. Ja nie tknę nawet ptasiego mleczka. Dla pewności.

Inna sprawa, że podczas suszenia ziaren kakao w dalekiej Ameryce Południowej ‘przekazywanie’ tych i owych ‘bugs’ przez nisko przelatujące ptaki odbywa się najnaturalniej pod (prażącem) słońcem. Poo, my dear, poo – tłumaczy dociekliwej dziennikarce ojciec mikrobiolog. Więc może przy takich okazjach trzeba też sięgnąć do źródeł naszych obniżonych zdolności walki z (wszelkimi) przeciwnościami. Żyje wszak jeszcze (tu i tam) pokolenie, które – choć wyrosło bliżej natury, niż obecne – niewiele wie i sobie robi z kleszczy, alergii, salmonelli. Niektórzy – nawet z jadu kiełbasianego…
Dowcipny korespondent jednej z gazet uwypuklił (nomen omen) inny aspekt zagadnienia: sama myśl o zakupie kilogramowej ‘tabliczki’ czekolady oznacza poważne problemy ze zdrowiem.

Salmonella, e-coli and the BSE
All the British cuisine is a misery
…Bon apetit mes amis.

Może więc, gdy się już z Państwem podzieliłam tą wybitną poezją, zniknie ona na jakiś czas z ‘mej pamięci’. Przywracając równowagę spojrzenia na wyspiarską – coraz bardziej różnorodną, wyrafinowaną i ekscytującą – sztukę przyrządzania, podawania i biesiadowania…

Chyba, że znów wybuchnie jakaś food scare… – właśnie widzę maleńką notkę w The Times: dwuletnia dziewczynka zmarła w Szkocji na e-coli, dwójka maluchów w stanie ciężkim…

©BM 4Aug06

What is in, what is passe

1 grudzień 2008

Pocztówka znad Tamizy 11/2006

Socks with sandals are apparently in. So, no matter how often your mum, sister or girlfriend were telling you off for this – you can now safely indulge your atavism. Saving a bit on a pedicure.

Flat shoes – completely flat, that is. There was marked return to the little-raised, Eighties-style, feminine things last year (though with a bit more pointed noses to mark the difference between mums and dauhgters); now you can see half of the females in the street in smart, minimalistic flats. The other half wears – in broad daylight at least – flip-flops, crazily popular for four or five seasons, and tirelessly re-styled for both casual and formal(ish) occasions. Not for career, as yet. Cork platforms and heels are deservedly in demand, so are platformed espadrilles, and, to be honest, all sorts of platforms. You can still see lots of those five-inch-high pointies in front of posher restaurants. Red carpets of all sorts – that’s what they were invented for.

Last year there was a return of skin-tight jeans. Kate Moss was one of the first to wear them, and Mrs Beckham followed suit. This year, Posh being even thinner than before, tight trousers are ubiquitous at trendy places (any time of the day). So, ladies, if you are ready – take those old ‘carrots’ from remotest nooks of your wardrobes! But remember – the genuine thing is ‘a classic with a twist’: the waist line tends to be rather low, in sync with the trends of recent years.

Big boobs and all air-bag enhancing jobs are being done (sometimes overdone) and much talked about. Apart from ye olde and expensive silicone thingy, you can stuff your bra (a flesh- or nude-coloured one is a must this or any summer) with practical gel pads. For an average man it is supposed to make no difference. Up to a point, of course. Consequently, plunging necklines have been much in.
Btw, there has been some talk as to whether Princess Beatrice’s sartorial decisions are of the right sort. The Princess was snapped wearing a very revealing dress (she is not yet eighteen,with the birthday in August). What – if anything – her Grandma said about the dress and the following publicity is a mystery, but it is Her Majesty who pays for ‘her favourite graddaughter’s’ birthday bash. The inviting party being divorced parents: Duke and Dutchess of York The venue – Windsor Castle, of course. Party theme – Victorian times.

Big glasses – a craze for three years – are still much in view (and demand). All the WAGs were markedly wearing those big numbers in Baden-Baden (England squad’s German HQ), and Mrs Beckham is rumored to have a pair of such for each day of a year). But the cutting edge are already looking around for something more distinctive. New trend is predicted as narrow rectangular(ish) and small, a bit heavier-rimmed at outer edges – all in all, immaculately lined. Such are at least the designer prototypes, now heavilly advertised by some optician chains. They do look promising, just wait and see what the high street version is going to boil down to.

Pronunciation and original versions of some proper names are surprisingly in. So you don’t say Bombay but Mumbay, not Peking but Beijing. Even if you are proud to have mastered the sweetest, softest pronunciation of ‘Budapest – Polish, harsh ‘Budapeszt’ (with a bit exaggerated ‘sz’) is the thing! Some call it new political correctness. As yet, this does not comprise Warszawa, but I hear that Kraków’ municipal authorities have nothing better to do but ‘to promote the city’s original name’. Good luck!

Phrases. That’s a pit! Although I tend to read the papers all year round, whenever I come here, I am stunned with so many new and re-heated words and phrases (some are called soundbites, you know). This summer, virtually every second hour you can spot ‘thinspiration’. As in: Victoria Beckham is a thinspiration for many girls fighting obesity’. Or: ‘Celebrity-anorectics’ so-called thinspiration role-modelling has become a real problem for parents and doctors alike’.
‘Fake bake’ – both as a result of a sun bed and tanning lotion.
‘Holy mackerel!’ – when something impresses us, perhaps too much or with unnecessary effort. It was with us, but somebody must have done something to bring it back to the main stream. It resurfaced nicely, only to disappear after weeks of over-use.
Abbreviations. ‘GWOT’ (global war on terror) – no paper bothers to explain it from time to time (in case someone is back from Mars). ‘Go AWOL’ is much older, so is ‘PAYE’ (pay as you earn), and similar. WAGs are still very much with us, and there spring numerous modifications (‘SWAGs’ – St Petersburg’s summit WAGs; ‘waggery’, ‘waglash’, and so forth).

Each day lifestyle sections, fashion columns, pals’ pressure or your own street observations tell you… well – what exactly? Basically, only one thing: there are more fashionable (or cool) ways of dressing, behaving or living than you could imagine. And that even before you take into account the ethnic component of a typical high street.

So is there anything thoroughly passe? Except for the second-last (and tackiest) items of the ‘in’, there seems to be no such thing. London being so cosmopolitan and laid back, especially in summer, you can wear virtually anything and it will do. Along with big smile and a witty, confident look. As for a really smart occasion – the safest option is to go for the self-conscious understatement. And for quality stuff if you can afford it. Do remember that your attire must match the occasion, do not wear too much jewellery (unless you are a Liz Taylor) and do bear in mind that cultural centres are in fact not half as obsessed with newest trends as are some provincial nations with deep-seated inferiority complexes. As a certain Polish aristocrat noticed and wittily commented on (a couple of centuries ago): in Paris only rich merchants’ wifes dress trendily; aristos choose simplicity and quality of fabrics. In Poland everybody looks up to Paris, pays enormous money to Parisian taylors and – even worse – to its’ cheaper and more vulgar imitators… Or at least wants to hear what the newest fashions are.
So here we are, ladies! (And gentlemen!) – If one does have one’s style, they do not need to worry about newest fashions. Above all, don,t try too hard.

©BM 12July06