Archiwum z listopad, 2008

It’s a sin… but we are pilgrims…

30 listopad 2008

Pocztówka znad Tamizy 10/2006

Pewien duchowny anglikański – zirytowany połowicznością zaangażowania, argumentów, propozycji i wniosków w ostatniej ogólnokrajowej dyskusji o globalnym ociepleniu – powiedział: ‘to grzech; wiedząc tyle o skutkach, nie zmienić postępowania w tak ważnej dla przeżycia gatunku ludzkiego sprawie’.

Nie rewelacja. Mam nawet wrażenie, że w jakiejś ważnej księdze jest uzupełnienie ‘czyńcie sobie ziemię poddaną’ (Genesis) w postaci: ‘co uczyniliście z ziemią, którą dałem wam w użytkowanie?!’ A może tylko jakieś kazanie zapadło w pamięć… Szyk zdania jest w każdym razie wystarczająco-biblijny by był od dawna moim memento. Obok ‘pielgrzymami jesteśmy’ czy ‘stąpaj lekko po ziemi, matce twojej’…

Będąc jednak klaustrofobem (dzieciństwo w przestronnym domu, a jeszcze bardziej poza nim), uwielbiam w każdych okolicznościach lokalowych ‘wyciskać’ z ograniczonego obszaru maksimum optycznej przestrzeni. Podobnie, rozpakowując niezbyt wypchaną walizkę, mam zawsze tajemniczą, estetyczno-ascetyczną przyjemność: proszę, tylko kilkanaście kilo i da się w tym i z tym żyć (pracować, zwiedzać, plażować, wychodzić wieczorem) przez całe trzy miesiące… jakżeż można zminimalizować rzeczy i potrzeby (z pomocą Myśli Ludzkiej miniaturyzującej akcesoria do zapierającej dech w piersiach postaci…)
Fakt, ten typ samoograniczenia kojarzy mi się wyłącznie pozytywnie: z podróżą, wyzwaniem, wysiłkiem. Także okresowością całej akcji. Jest jak wyprawa w góry czy trekking rowerowo-namiotowy, po których w czwórnasób doceniamy uroki aromatycznej kąpieli w skromnej-acz-własnej łazience. Tak czy owak – ćwiczenie jest ze wszech miar pożyteczne.

Ale walizka – czemuż to ona taka lekka? Bo lata. Wypowiedź anglikańskiego pastora była o tym. Owszem – też o ekranach dachowych, wiatrakach ogródkowych, wodzie, lawinie sztucznych opakowań, prądzie… Lecz przede wszystkim – o paliwożernych autach a jeszcze bardziej – o nieopodatkowanym (a zużywanym w zastraszająco rosnących objętościach) paliwie lotniczym.

I tu Basieńka ma problem. Bo jakkolwiek od zawsze sortuje odpady, prawie nie używa auta (choć to ogromna frajda), rzeczy kupuje i użytkuje z ekologicznym namysłem i starannością… i w ogóle – stara się być jak najdalej od staro- i nowobogackiej arogancji surowcowej czy ogólnokonsumenckiej…

Ma jednak na swym eko-sumieniu jedną skazę: zmartwiłaby się, gdyby boom transportu powietrznego miał zostać zastopowany przez taki lub inny rozwój niekorzystnych wydarzeń. Ucierpiałoby nawet jej ‘życie wewnętrzne’: potrafi bowiem całymi kwadransami kontemplować i notować kształty, kolory i faktury chmur, łun i obłoków; rozpoznawać znane z map rzeki; zgadywać, co to za fabryka tam, na północnym zachodzie, w wybitniejszym zakolu Renu; a to małe lotnisko (przed chwilą był Frankfurt); i czy pokazujący się półwysep to raczej Dungeness czy Ramsgate.

Doradzą Państwo (z irytacją), by wziąć mapę na pokład. Albo przyjrzeć się jej przed wyjazdem. Ale nie o to chodzi. Istotą lotu jest wszak niepewność i zawieszenie. Całkowite powierzenie się ludzkim kompetencjom i słabości your fellow human being. Więcej – zdanie się na całą siłę a jednocześnie zawodność ludzkich zespołów. Dlatego lot jest może najtrafniejszą metaforą życia i pracy w wielkich ludzkich skupiskach XXI wieku.

Zawieszenie. Pomiędzy niebem a ziemią, 18C a -58C, realnością a mitem i marzeniem, wyostrzeniem a nieadekwatnością własnych zmysłów, ciemno-pomarańczowym zachodem słońca odbijającym się w Morzu Północnym i leju Tamizy a prawdziwym słońcem – jaskrawym i nie spieszącym się zachodzić, świadomością istnienia grawitacji a jej niedostatkiem w kabinie…

Przez balickie opóźnienia w odprawie i – w konsekwencji – utratę slotu w Gatwick, mój ostatni lot wyglądał następująco: Po prawie dwóch godzinach odprawy – wreszcie zapuszkowanie. W jakieś pół godziny po nominalnym czasie odlotu ‘here is your captain speaking… musimy poczekać (Gatwick nie daje slotów na żądanie w czerwcowy piątkowy wieczór) …być może wieża kontrolna pozwoli za dziesięć minut włączyć pierwszy silnik; wówczas będzie klimatyzacja’. Pasażerowie dotrwali z gracją i stylem, cały lot był idealny (przypadło mi ostatnie – czyli pierwsze – miejsce przy oknie, a za współpasażerów miałam własnego laptopa, przemyślnie przytroczonego przez miłą stewardedssę i torbę podróżną tejże… w samolocie Centralwings wypełnionym po brzegi).
Ale jeśli ktoś nie lubi pałętania się po przestworzach dla zabicia czasu (a były takie osoby) albo podróżuje z niemowlakami – mógł poczuć się bardzo zmęczony zwłoką i ‘huśtaniem się ze skrzydełka na skrzydełko’. Tak to określili dwaj mali chłopcy, zachwyceni zachodem słońca a wniebowzięci niebiańskimi zakrętami (‘o, mamy tylko morze… a teraz niech pani popatrzy – to do mnie – będzie pani miała tylko pola – (długo bujaliśmy się na granicy morza i lądu, zresztą coraz niżej, co podnosiło ‘jakość’ wrażeń). Ich mama była znacznie mniej impressed – to say the least. Chłopcy zauważyli, że mimo zmian w kierunkach i pionach, jakoś nikt nie uderza głową w te maleńkie oszronione okienka, do których niektórych pasażerów tak ‘przyssało’.

Już w pierwszych kwadransach pierwszego lotu (Warszawa – Sofia, w drodze do Grecji, 08.’89) zaklasyfikowałam samolot jako dziewiąty cud świata. Ósmym był i pozostaje rower, dziesiątym stał się automobil. Że te moje cuda mają common denominator mobilności (a nie latarniowości czy piramidalności) – znak czasu zbyt banalny by go roztrząsać w dobie tak intensywnych wędrówek ludów, że o poezji (i metafizyce) całej sprawy można pisać tylko przez medium maluczkich. Albowiem, jeśli nie staniecie się jako dzieci… itd.

Wczoraj, jak dwie beztroskie dziewczynki, wyciągałyśmy z Koleżanką zapomniane smaczki z beczki (po) soli, jaką razem zjadłyśmy w L. Właścicielka posesji, w ogrodzie której siedziałyśmy (i fundatorka kalifornijskiego wina, które piłyśmy) leciała w tym czasie od syna z Johanesburga. Drobną troską Koleżanki było, jak zaparkuje w wielopoziomowych labiryntach Heathrow. Ale przed szóstą rano parkowanie i odbiór Mrs B powinny pójść sprawnie – ustalono na potrzeby pogodnego wieczoru…

Ten dzisiejszy poranek przejdzie do historii brytyjskiego lotnictwa cywilnego i Home Office. Choć nie wiadomo, jak blisko czy daleko od okropnych zdarzeń wszyscy byliśmy i o co tak naprawdę chodziło. O tej porze roku prawie każdy gdzieś frunie lub wie, że bliscy są właśnie w trakcie przelotów. A londyńskie aresztowania odbyły się w mym ‘domowym’ Walthamstow oraz dobrze znanym High Wycombe (Chilterns). Sielskie, oswojone miejsca – z całym ich multi-kulti…

Jeśli potrwa zakaz bagażu ręcznego – nawet tak niedoskonałe zdjęcia z samolotu, jak te, które ostatnio (ukradkiem) popełniłam, nie będą już możliwe. Ale nikt się tym nie zmartwi, bo człowiek zniesie naprawdę wiele by nie musieć tłuc się 27 godzin do kraju tego czy tamtego.

Tylko co z tym grzechem?…
Mój bilans wygląda – jak na razie – tak:
Eko-zasługi:
1) mała, energio-oszczędna przestrzeń mieszkaniowa
2) naprawdę przemyślana konsumpcja dóbr trwałych, zero marnotrawstwa żywności, prawie stuprocentowy recykling
3) jeśli jazda autem w pojedynkę – to rzadko i ‘małolitrażowym’
4) woda, gaz, energia – z największą starannością. I tak dalej.
W to miejsce mogę sobie polecieć z pięć razy w roku w tę i wewtę (niekoniecznie wykorzystując limit). Choć – patrząc na logikę tutejszego zakazu węży i zraszaczy (patio można myć nawet pod ciśnieniem, podobnie dopełnić brodzik lub basen; lecz jeśli chcesz zrosić ogródek wielkości patio, brodzika lub basenu – możesz zapłacić £1000) – mam wątpliwości, czy urzędowi strażnicy eko-sumień zaakceptowaliby moją logikę.
Inni uśmiechną się gorzko – bo tyle jest obecnie zawodów i sytuacji życiowych wymagających bliskich spotkań z samolotem co tydzień i częściej.

Słyszę w ostatnich dniach, że wielu znanych dziennikarzy, uczonych, artystów, programowo nieużywających samochodu, naznaczyło sobie też publicznie limity przelotowe. Ciekawe, jak wytrwają w postanowieniach. I czy będą intensywnie śledzeni.
Dyskutowane podatki na paliwo lotnicze (i specjalny lotniczy eko-tax) mogą nam skutecznie zredukować okazje do grzechu a tym samym – pozbawić zasług wstrzemięźliwości. Kasa tych, którzy polecą tak czy owak pójdzie na budowę kontrowersyjnego piątego terminalu (i trzeciego pasa startowego) na Heathrow…

©BM 10Aug06