Pocztówka znad Tamizy 8/2006
Ktoś z chóru (z dłuższą niż moja pamięcią ludzi, spraw i wykonań) stwierdził, że dołączyłam do zespołu tuż przed szczytem jego świetności. Nie bardzo wypada stosować podobne określenia dla tak delikatnej tkanki, jak wieloletnie dążenia grupy osób (w większości zarabiających na chleb powszedni poza muzyką). Ale jeśli przyjąć za kamienie milowe chóralnego cv nagranie – siłami bodaj połowy Krzemionek – tzw. kasety papieskiej (zabrało dzień i noc), mszę prywatną i spotkanie z Janem Pawłem II ze śpiewem podczas tychże (highlights niezapomnianego tournee włoskiego), o rok późniejszą podróż francuską z bardzo dobrymi koncertami w Lyonie i okolicach oraz oprawą sobotniej mszy niedzielnej w wypełnionej po brzegi Notre Dame… Jeśli wspomnieć obsadę, zwłaszcza liczbę i jakość próbujących regularnie ‘głosów męskich’… Jeśli wyliczyć ważne, duże i efektowne utwory, które wzięła w tym czasie na warsztat Pani Dyrygentka…
Zaczęło się 27 października 1987 roku. Na pierwszej próbie przeżyłam dwa szoki. Pierwszy: do Dyrygentki (osoby trzydziestoparoletniej… nawet dekada robi wrażenie, gdy człowiek ma troszkę-ponad 20 lat) należy zwracać się po imieniu.
Drugi, że ‘próbowanie’ – od rozczytywania poprzez wykuwanie całości po ostateczne szlify – może być aż taką przyjemnością (nie waham się wzmocnić – rozkoszą). Z powtórki na powtórkę wymagające miejsca (powiedzmy – duety sopranowo-altowe a następnie tenorowo-basowe w końcowym Amen Glorii i podobne w Credo) wychodzą czyściej i bardziej niebiańsko, a człowiek – ćwicząc – wyłącza wszystkie inne myśli i troski.
Owszem, znałam to uczucie wcześniej. Nigdy jednak jako część tak dużego zespołu (choć… – kameralnego) i na przykładzie tak wdzięcznym – podczas ‘mojej’ pierwszej próby rozdano Kyrie i Gloria z Mszy Krótkiej o Janie Bożym Haydna. Utwór stał się jednym z hitów podróży włosko-papieskiej (88) i francuskiej (89). Także dzięki wirtuozowskiemu akompaniamentowi A i rewelacyjnemu solo sopranowemu M.
Nic dziwnego, że mam dla tej mszy szczególny sentyment. Ilekroć widzę ją w jakimś programie, zawsze miałabym ochotę posłuchać, porównać, wzruszyć się. Ostatnia realizacja tego typu ciągotek miała miejsce ‘aż’ we wrześniu 1990 roku w szacownym wiedeńskim Augustinerkirche. I oto właśnie jedna z kaplic dworskich wykona utwór na zakończenie sezonu (i przesunięte na niedzielę święto patronalne św. Jakuba).
Obie kaplice znajdują się w kompleksie St James’s Palace. Nabożeństwa w Chapel Royal (niemal-jedyna okazja wejścia dla szaraczków) odbywają się od października do Wielkanocy. W Queen’s Chapel – od Wielkanocy po ostatnią niedzielę lipca. Choć żadna nawet nie zbliża się pięknem czy sławą do paryskiej La Chapelle Royalle – mają ujmującą historię, budowniczych o znanych nazwiskach, niezłą w sumie architekturę…
Dochodzi jedenasta, przed wejściem grupka ludzi. Za chwilę otwierają się drzwi. Klasycystyczny budynek, kolebkowe sklepienie (z kasetonami jak w Filharmonii Krakowskiej – acz bez ‘różu pompejańskiego’). Wierni to na ogół stali bywalcy w pewnym wieku; niektórzy wyorderowani – inni tylko wygarniturowani (panie srebrzyście-wykoafiurowane). Aura arystokratyzmu a przynajmniej ‘insiderstwa’. Wszyscy inni też są traktowani familiarnie i kameralnie.
Turyści i rodziny muzyków obniżają średnią wieku. ‘Don’t worry, we are visiting too’ – ojciec rodziny dodaje otuchy młodym Czeszkom, speszonym obfitością druku przypisanego pojedynczemu wiernemu. Na pulpitach pistacjowych ławek położono New Hymnal, Book of Common Prayer (oba z wyciśniętym herbem EII) oraz dwie ‘ulotki’ – plan niedzieli 30.07 w Kaplicy oraz eucharystii o 11.15 (informacje o utworach chóralnych, numery stron dla hymnów, modlitw, śpiewanych odpowiedzi i innych części stałych). Trzeba to wszystko ‘obwąchać’: przewidziano na przykład Prayer for the Church Militant. Porządek wygląda ekstrawagancko (gloria na samym końcu) a recytacje pójdą prężnie, jak to w CoE. Nie będzie zapowiedzi stron hymnów i modlitw – ostrzega info.
Mimo starannego upychania wiernych do pierwszych rzędów, kaplica zapełnia się gdzieś w dwóch trzecich. Chór zaczyna z ostatnich krzeseł pieśnią wiktoriańskiej autorki ‘Claribel’, po czym rusza z procesją ku ołtarzowi. Ceremonialny orszak niesie rekwizyty z pogranicza państwowości i kultu (np. coś kojarzącego się z używanym na otwarcie Parlamentu black rod). Troszkę zabawne: kaplica jest mała, wiernych relatywnie niewielu a pochód sunie przesadnie majestatycznie (jak pogrzeb partyjny w ZSRR – proszę zresztą docenić małego imitatora na zdjęciu). Śpiewowi to bynajmniej nie przeszkadza (szkoda, że emfatycznie powtórzono zakazy utrwalania… Queen’s Chapel ma doskonałą akustykę).
Nabożeństwo ma dobrą dynamikę: skupienie (super-kazanie o wybaczaniu) i cisza równoważone są fajerwerkami chóralno-organowymi i frajdą wspólnego śpiewania pełnym (kompetentnym) głosem.
Nieraz już zachwycałam się publicznie fantastycznym śpiewem wspólnym w wielu europejskich miejscach kultu. Ale tak dobrze, jak w Queen’s Chapel śpiewało mi się ostatnio chyba na którymś z ostatnich na Wyspie ‘Carol Services’ (nabożeństw kolędowych w ostatnią niedzielę Adwentu) – gdy już umiałam z grubsza melodie – nie zawsze najprostsze. Teraz znów natrętna myśl: Panie, czemu tamten narodek nad Wisłą, ze swymi niezliczonymi wadami i kompleksami, jest na dobitkę tak niemuzykalny (i nieumuzyczniony – czy jedno musi koniecznie pociągać za sobą drugie?) Stadion, przyjęcie rodzinne, sala sejmowa, wreszcie kościół – wszędzie dźwiękowy analfabetyzm najbardziej podstawowego rzędu. Letnio-nocna impreza włoska, piątkowe harce w pubie (i pod), wyjście z Bawarami na Oktoberfest czy wyjazd z tymiż na przedbożonarodzeniową integrację do Austrii – niejednemu nieuprzedzonemu Polakowi szczęka opada: jakże oni potrafią się bawić, jak oni doskonale i swobodnie śpiewają!…
Hymny protestanckie (styl preferowany też przez tutejszych katolików) to kolejny powód do podziwu i odrobiny zazdrości. Jako córka organisty, który bardzo serio traktował oprawę muzyczną w przeżyciu religijnym, natychmiast zauważyłam, jakim ‘darem Niebios’ jest hymn religijny w liturgii i powszechnej świadomości. Godna, optymistycznie-sprężysta, radośnie-pochwalna forma; często brzmiąca zbyt triumfalnie dla wiernych przyzwyczajonych do tylu wariantów zawodzenia: ‘słuchaj Jezu jak Cię błaga lud, słuchaj słuchaj uczyń z nami cud, przemień o Jezu smutny ten czas, o Jezu pociesz nas’; ‘z tej biednej ziemi, z tej łez doliny tęskny się w niebo unosi jęk’; ‘Matko Najświętsza do serca Twego […] wołamy wszyscy z jękiem ze łzami’. W tym stanie rzeczy przesiadywanie (od wczesnego dzieciństwa) na ławeczce organowej podczas wszelkich możliwych nabożeństw, mszy (w niedzielę czasem więcej niż jednej), ślubów, pogrzebów mogło się odbić traumatyczno-depresyjnie na mojej osobowości… Jakoś uszłam – chyba cudem…
But let’s jump back to the QC. Akord organowy Kyrie: maleńki instrument to zupełnie inna kategoria niż zarejestrowane i ‘poprowadzone’ przez A organy Kolegiaty. Chór (5-5-3-3) brzmi pewnie i stylowo (master of music powie mi później, że z wielkim powodzeniem wykonują utwór na swych tournees), w ułamkach sekundy wyprowadzając na prostą wszelkie ustereczki.
Sopranowe solo Benedictus śpiewa 12-13 latek (o dwie głowy wyższy od najmniejszego sopranisty). Może to zastępca a nie stały wykonawca – nie jest to dobre wykonanie. Zbyt częste oddechy (w tym zupełnie nie tam, gdzie je wziąć można), całkowity brak ozdobników (nierzadko – jakby rezygnacja w ostatniej chwili); dobre frazy (raczej półfrazy ze względu na w/w astmatyczność), przeplatane kompletną porażką. Do tego organy (akurat w tej części mają popis) brzmią wyjątkowo ubogo i drewno-podobnie (dla kogoś z punktem odniesienia w postaci Maestro AB). Młody człowiek jednak, niczym-nie-speszony, daje swemu czystemu głosowi rezonować tak głośno i ładnie jak można (tak często, jak można) – w sumie ratując wrażenie. Tylko jeden z tenorów krzywi się okropnie w tych momentach, gdy i ja mam na to ochotę. W tych samych momentach półprofil dyrygenta wykazuje bardziej łagodny niż zwykle uśmiech. Dalej już wyłącznie zawodowa swoboda, w porywach artyzm – i tak aż do… Gloria. W tej części Haydn zabawnie skompresował słowa – ‘są nierozróżnialne, ale przyspieszają lunch mnichów (oryg. Barmherzige Brueder) i muzyków’…- tak to ujęto w notce o dziele.
Rzeczywiście, przez te śpiewy: wspólne, mniej i całkiem solo zrobiło się późnawo. Chłopcy dostojnie formują procesję do wyjścia (usztywnione kolana, czerwono-złote kubraki, czarne buty z pomponami, czarne podkolanówki), po nich dorośli śpiewacy i wszyscy inni uczestnicy orszaku z celebransem na końcu. Niestety, wyjście jest wąskie a niektórzy wierni długo witają się z pastorem blokując przejście. Przez co Państwa nieustraszony paparazzo nie zdoła dogonić tęskniącej za wakacjami młodzieży, która znika w jakiejś salce St James’s Palace.
Nam wszystkim też należą się wakacje od muzyki…
Chyba, że…
Właśnie wyczytałam: 6.08 (Transfiguration) Westminster Abbey mass setting is going to be… Missa Brevis Sancti Joannis de Deo – F.J. Haydn. Może się wybiorę. Ale dam Państwu znać (w formie wątku bądź dygresji) tylko jeśli ktoś wreszcie to Benedictus wykona przynajmniej tak pięknie, jak pewna M.
©BM 31July06