Archiwum z wrzesień, 2008

Nowadays, it is all about mobility, actually

24 wrzesień 2008

Pocztówka znad Tamizy 7/2006

Wielce Szanowni Państwo pragną czytać o prawie wszystkim. O niczym jednak z większą ochotą, niż o obiektach mobilnych. Pierwsze wrażenie – bardzo wiele MINI convertible! Bo Brytyjczycy – nawet nie znający ‘carpe diem’ – wiedzą o ‘making hay when the sun is shining’. I kupują więcej aut z otwieranymi dachami, niż mieszkańcy słonecznej Italii. Dalej przybywa MINI sklepionych klasycznie, ale to nie nowina dla Wytrawnych Przeżuwaczy Pocztówek – trynd jako taki był (mówią) planowany, przepowiedziany (mądry prorok po fakcie); wpakowano w jego promocję (a i oparcie w realiach) sporo kasy. Która się teraz zwraca z naddatkiem. Mocno podrasowana wersja o zabawnej nazwie: ‘Mini Cooper S with John Cooper Works GP Kit’ znalazła w mig miejscowych nabywców (pierwsze 400 sztuk). A pomysł flagi brytyjskiej na karoserii ‘podkradł’ ostatnio Nissan – na Mikrze (SportSR) będzie ona ‘twórczo’ udrapowana. (Na MINI bywa ‘naszpanowana’)

Onegdaj, mając do spotkania z Wiele Wiedzącym Człowiekiem dwa kwadranse, zabawiałam się na Fulham fotografowaniem ruchomo-dachych MINI tak, by w minutę zakasować trzy sztuki. Fulham to dzielnica owszem, ‘pożądana’, ale nie tak droga, jak Kensington, Chelsea, Belgravia czy Mayfair, przez które ostatnio najczęściej się przemieszczam. Zachcianka wyglądała więc na quite a task, tym bardziej, iż obszar był typowo rezydencjalny (nie parkingowy, pubowy czy supermarketowy). I pora późna, gdy wielu ‘adresatów produktu’ wyrusza do centrum. Tymczasem bezproblemowo upolowałam trzy zadowalające sekwencje. Wystarczy! -
Brytyjczycy kupują MINI w różnorodnych kolorach pod warunkiem, że jest to kolor czarny. Więc jeśli NadAdministrator kiedyś sprawi, bym mogła ‘się sama rządzić’ w pewnym kąciku www (a nie mam sumienia go ponaglać, bo wiele ostatnio zrobił dla MMM – Moich Mądrych Maszyn… i jest bardzo zajęty, jak to NadAdministratorzy) – to ja tam te MINI, mini, porshe i gorsze pomieszczę. Z podpisami typu: ‘MINI pod chatą Hugh Granta’, ‘Żona Thomasa More odwoziłaby dzieci do szkoły MINI’, ‘Dante Gabriel Rossetti nigdy nie wybrałby mieszczańskiego, niemieckiego MINI’ … Nieee?… – oczywiście… jam nie byle hackette ale pocztówkowiczka analityczno-humorystyczno-klimatyczna.

Londyn odzyskał swe ‘Motor Show’. Od 1937 do 1976 odbywało się w Earl’s Court, tradycyjnym kompleksie wystawienniczo-koncertowym. 30 lat temu wysłano je do Brum (Birmingham), gdzie zwiędło haniebnie a teraz (20-30 lipca) powróciło (do ExCel, Docklands) pod dumną nazwą British International Motor Show. Wszystkie zeszłotygdniowe dodatki moto były w zasadzie monotematyczne: jak to dobrze dla motoryzacji, Brytanii, Londynu. Jaka od razu renoma, ile debiutów (nowy Vauxhall Corsa, piękna Honda Civic TypeR (‘Swindon-produced nemesis for the Golf GTI’), Jaguar XKR i wieeele innych). Nie stresujmy się upadkiem masowego przemysłu moto na Wyspie – Szwajcaria taką potęgą nigdy nie była a proszę – najlepsze pokazy aut ma Genewa. Brytania przynajmniej pozostaje potentatem w pojazdach luksusowych i nietypowych-inaczej (®BM).

Nie wgłębiłabym się może w sprawę gdyby nie wyprawa do Św. Pawła (16.07) i powrót przez Pimllico (rejon Victoria Coach Stn). Pod jednym z pubów stało parę bardzo starych i wypielęgnowanych autek z chorągiewkami British Motor Show. Piękne starocie na chodzie to nie sensacja w L, ale tym razem ‘warte w sumie ponad £10m vintage cars’ zaparadowały by ‘spiąć’ stulecie motoryzacji i uczcić powrót Show do L. Jeśli naprawdę przybyło ich tylko sto (a tak twierdzą media) – to widziałam ~10%. Zerkną Państwo na www.britishmotorshow.co.uk – do obejrzenia i nowe piękności i (pokaźniejsza od mojej) galeria ‘parady na stulecie’.
Pięcioletni synek znajomej zaskakująco woli (od aut starych i nowych) logo Show z wkomponowaną jako koło odjazdowego auta obręczą widokową London Eye i otoczeniem Eye w tle.

16 lipca stał też pod znakiem dziesiątego London Bikeathon. Wnikliwsi wypatrzyli rowerzystów w żółtych t-shirts na zdjęciu Katedry od strony południowej. Tak, było ich wszędzie jak mrówków. Zakończenie odbywało się w ogrodach Chelsea Hospital. Finiszując (też maratońską) trasę ‘Tower and back via St Paul’s’, widziałam najprzyjemniejszą fazę imprezy – wyjeżdżanie wymedalowanych uczestników z terenów Hospital na ulicę i dalej. Albo pakowanie sprzętu do bagażników aut. Dwoje najmłodszych rowerzystów, okropnie zmęczonych (słońce prażyło) czekało na tatę (i SUVa). Zapozowali jednak i zgodzili się na upublicznienie wizerunku, co rodzic potwierdził z ochotą, tym bardziej, że Bikeathon miał cel charytatywny. (Wielu kpi z faktu, że obecnie ‘w dobrych celach’ nie wystarczy po prostu, sięgnąć do kieszeni – trzeba zorganizować wyprawę do Peru, lub na Saharę).

E-bikes – wspomagane baterią elektryczną, miały ostatnio recenzje we wszystkich dodatkach moto, jakie mi wpadły do ręki. Ale na ulicy widziałam może pięć sztuk. Skokowo wzrosła liczba śmiertelnych wypadków wśród rowerzystów (efekt przesiadania się niedoświadczonych na coraz bardziej modny jednoślad, twierdzi policja). Modę współkreuje sam Lider Opozycji. Młodawy David Cameron używa roweru notorycznie, w tym do pracy (commentariat zwie go ‘Dave’… tak, tak – kiedyś i o Blairze mówiło się ‘Tone’). Dave mieszka na Notting Hill (jego towarzysko-polityczne otoczenie – przyszłe top jobs - określane jest jako Notting Hill set; koledzy partyjni i główne think-tanks New Labour grupowały się równie sławetnie w Islington) – ma więc lekko, łatwo i przyjemnie: po dłuższej przekątnej Hyde Pk, przejściem podziemnym (gdzie Duke of Wellington), Green Pk, St James’s Pk – i już! Ale pracującego na green credentials Camerona przyłapano ostatnio na oszukiwaniu (papiery i garnitur wiozła limuzyna). Choć była to niezasłużona wpadka (rowerowa pasja C to fakt a nie PR stunt) – paparazzi zwietrzyli szansę; Daily Mail co kilka dni wspiera zdjęciami analizy rowerowego przyodziewku Camerona czy Osborne’a (kolega i przyszły kanclerz skarbu), wykazywaną kondycję i przypuszczalną wagę obu, itp. Niełatwo być cool w L – jeszcze mniej osobie publicznej na rowerze, w szortach w kwieciste wzorki, w upalne sobotnie południe…

Ken Livingstone rzadko pozwala by osłabła mu ‘cytowalność’. Ma zresztą parę niewzruszonych przekonań. Że trzeba ograniczać ruch prywatny w centrum. Że auta używane w mieście mają mieć niską (i bardzo) emisję spalin (to Londyńczycy wiedzą i bez niego – toyota prius z drugiej ręki jest ponoć droższa od fabrycznej… firma nie nadąża za zamówieniami). Że ‘Chelsea tractors’… Ostatnim pomysłem jest £25 od pojazdów emitujących ponad 225g dwutlenku węgla na kilometr za wjazd do centrum, objętego Congestion Charge. Logicznie, mniejsi emitenci (poniżej 120g/km) mogliby dostać upust od obecnych £8. Nie za duży wszakże – nacisk będzie na green-tech, transport publiczny i rowery.
Uwielbiający auta Brytyjczycy mruczą, że obsesje Czerwonego Kena mają ‘podłoże klasowe’. Niech mruczą – po to jest dyskusja… Ale, choć grono wielbicieli SUVów poszerza się z każdym rokiem (accross class bareers, naturally enough), rośnie też liczba ‘kumających’, że obok przyjemnie wydanych pieniędzy istnieje odpowiedzialność (moralna!) za zasoby Planety i los przyszłych pokoleń.
Rowerzystów zaniepokoiły ostatnie wypowiedzi Mayora o tablicach rejestracyjnych na bicyklach (by można było karać cyklistów, zwł. za jazdę po chodnikach i przejeżdżanie czerwonych świateł). Ruch rowerowy, który w latach 93-03 pozostawał w L na stałym poziomie, wzrósł w ostatnich trzech sezonach o 50%. (By to uczcić, przyszłoroczny Tour de France zacznie się nad Tamizą… jeśli sama 102-letnia impreza ‘dożyje’ po ostatnich dopingowych rewelacjach). Ken chciałby też dawać mandaty za jaywalking: przechodzenie przez jezdnię poza przejściami lub na świetle innym niż zielone. Niektórzy boleśnie wiedzą – tak karze się w USA. Ale w UK jest na razie za mało przejść a wiele (jeśli nie większość) skrzyżowań ma światła wyłącznie ‘dla pojazdów’ (zmora wrażliwszych pieszych kontynentalnych – bo już sam ruch lewostronny a więc ‘look right’ na zebrze powodują konfuzję).

Zaniechano budowy płatnej autostrady z Birmingham do Manchester. Miała biec tuż-wzdłuż przeciążonej M6 (140,000 veh/day).
Bo cena (£3bn) i ‘koszty środowiskowe’…
Będą za to poszerzać istniejącego potwora o jeden pas. Morał? – autostrady stają się na naszych oczach dziwnie-mglistą sferą decision-making. Happy are those who have already got a couple of them…

Na bilboardach, ekranach i w prasie trwa sześciotygodniowa kampania ‘Don’t lose control’. Większość kolizji ma miejsce w odległości trzech mil od domu i akcja przypomina o zachowaniu maksimum ostrożności na dobrze znanych kierowcy trasach. Bohaterami filmików, które widziałam byli motocyklista i rowerzysta: w półzaspaniu-półautomatyzmie jedzone cereals, znane elementy krajobrazu… The door you see too late. The lamppost you slam into. The legs you’ll never use again.

Przy okazji Motor Show prześledzono ewolucję wizerunku kobiety w promocji pojazdu. Z reklam znikły niepostrzeżenie kociaki na maskach (i autostopowiczki w poszarpanych dżinsowych szortach – na poboczach). Weszły zaś konsumentki wpływające mocniej niż sądzono na decyzje zakupowe. W ostatnich latach wzrósł nacisk na komfort, bezpieczeństwo, przestrzeń i adaptacje do zadań. A maleje zainteresowanie ‘0-60 mph’ i liczbą bhp. To zasługa statystycznej pani (nawet jeśli karta bywa pana).
Ale wszystko ma blaski i cienie. Damsels in distress nie mogą już liczyć na taką kurtuazję w trasie, jak kiedyś. Firma Continental zorganizowała eksperyment w okolicy pięciu dużych miast. Testerkami były atrakcyjne dwudziestolatki: z zapasowymi kołami czekały na ‘wybawców’ średnio ponad 2 godziny (przy dużym ruchu… może właśnie dlatego). Przygniatającą przewagę wśród usłużnych miała grupa wiekowa 40-50 czyli teoretycznie najbardziej zajęci zawodowo i rodzinnie. W deklarowaniu pomocy wiodą zaś absolutny prym młodsi (16-24). ‘Bit of fun, but the underlying safety message for women motorists is to spend five minutes learning how to change a tyre’, skomentowała rzecznik firmy.

Raz na jakiś czas pojawić się musi na tych (niskich) brzegach namiętnie-spolifonizowany lament nad koleją. Gdy tylu kibiców wróciło z kraju doskonałych i tanich pociągów, rzecz znów jest na czasie. 24 operatorów, państwowy właściciel torów, bałagan, niepewność, niedoinwestowanie – zbierają od dawna żniwo wypadków, przeciążenia, opóźnień… (prywatyzację ‘dokończył’ rząd J.Majora). Środków zaradczych na razie brak… bo po prostu istnieją tylko dwa – nierozłączne i nieprzyjemne – (kasa i restrukturyzacja)… Tu może urwiemy; są w końcu – przynajmniej dla niektórych – wakacje.

©BM 26July06

Sunday at St Paul’s

24 wrzesień 2008

Pocztówka znad Tamizy 6/2006

Moje nieortodoksyjne podejście do niedzielnych praktyk religijnych wypunktowała kiedyś szefowa. Pod koniec ‘długiej Anglii’ (może specjalnie tak późno – sama jest muzykalna): „ach Barbara, ty tylko biegasz za muzyką a katolik powinien chodzić na msze katolickie…”
Taaak… jest tu pewna asymetria: gdy inne niż rzymski kościoły chrześcijańskie ‘z radością zapraszają’ do uczestnictwa i komunii – u nas są obostrzenia. Dla obu stron. Troszkę się tym przejęłam i odtąd – mając w niedzielnych planach jakieś nabożeństwo anglikańskie – staram się dzielnie być na mszy katolickiej w środku tygodnia. Nie doniosą Państwo do Kongregacji Doktryny Wiary?… (lubię – jakkolwiek to zabrzmi – przed-pijarowską niezłomność polskiego: ‘doktryna’…)

Gdzież czasy, gdy człowiek w deszczu i przenikliwym wietrze spisywał repertuar z podświątynnych gablot albo czekał na sobotnie wydanie Daily Telegraph! W dobie powszechnego ‘guglowania’ ustalenie faktów i priorytetów zabiera od trzydziestu sekund do trzech minut.

Tego lata wszystko jest mocarnie zamocartowane: Radio BBC3, Classic FM (to, które wylansowało – na moich uszach! – Góreckiego… całe te 13 i pół roku temu). Takoż afisze koncertowe, w tym – jakżeby inaczej – Proms. A więc i sumy w kościołach.

Katedra Św. Pawła postanowiła wykonać w lipcu msze Mozarta ze sponsorowaną przez City of London (czyli godnie) orkiestrą London Sinfonia. Na Koronacyjną padło szesnastego. Nie słyszałam jeszcze tej mszy na żywo w chłopięco-męskim wykonaniu. A na sumie w St Paul’s byłam ostatnio w zeszłym tysiącleciu (rok temu – na pięknie umuzycznionych nieszporach z bardzo muzykalnymi Bawarczykami).

Dużym plusem wejścia na nabożeństwo do anglikańskich katedr, opactw czy świątyń przy słynnych college’ach jest darmowe rozejrzenie się we wnętrzu. I to z głównej nawy, nie-w-całości dostępnej monetarnym (ooops – już i banknotowym) turystom.
Od pół godziny koncertowo biją dzwony katedry. Piękne akordy – tyle, że w sumie jest bardzo głośno. Bo i ulica się wreszcie budzi, dochodzi wszak jedenasta.
Wewnątrz, przed odgrodzoną czerwonymi sznurami częścią nawy, wyfraczeni stewardzi upewniają się o celu śpiesznych kroków (i wręczają booklets z przebiegiem mszy).
Pamiętam zdumienie różnojęzycznych turystów kotłujących się 31.08.97 pod Westminster Abbey gdy, docisnąwszy się do drzwi Opactwa, powiedziałam do broniących wejścia niczym Kordecki Częstochowy porządkowych: ‘to the service’, szybko dodając: ‘he is with me’. Parę tygodni wcześniej zaplanowaliśmy z Bratem Abbey na ostatnią niedzielę sierpnia. Któż mógł przypuszczać, że – po telefonicznej pobudce przed szóstą i całym poranku z telewizją – w marszu pod Big Bena zahaczymy o Pałace Kensington i Buckingham (wszędzie początki kwietnego szaleństwa, policja, ochroniarze, jeszcze więcej ludzi mediów); w Opactwie zaimprowizowaną eulogy powie sam dziekan Carr a muzyka zostanie w dużej części wykasowana… Mozart wydał się tego poranka nadto radosny).

W przestrzennym dziele Sir Christophera Wren’a (projekt po Wielkim Pożarze Londynu z 1666 roku), drugiej co do wielkości świątyni chrześcijańskiej – nie ma dziś tłoku. Choć krzesła są już w zasadzie zajęte. Ustawieni (jak do kręcenia filmu) na kolistej części posadzki – stewardzi rozsyłają wiernych wedle wolnych miejsc. Na szczęście jest jedno na samym brzegu drugiego rzędu pierwszego kwadratu (z lewej) w południowym transepcie (jeszcze w obrębie kopuły, tuż pod podpierającym ją filarem). Śmieją się Państwo na tak precyzyjną lokalizację? – z akustyką w zakopulonych pomieszczeniach bywa różnie, i na wszelki wypadek lepiej słyszeć dźwięk ±ze źródła, niż liczyć na odbiciowy broadcasting. Nie zaszkodzi też widzieć. Soliści, orkiestra i chór będą dokładnie po przekątnej (typowym miejscem chórzystów są – w tradycyjnym planie świątyni – stalle prezbiterium).

Po katedrze przemykają szybkimi kroczkami duchowne. Ciekawym zbiegiem okoliczności, women ordination controversy to sprawa tylko parę tygodni dłuższa, niż mój romans z UK. Gdy przyjechałam do L w styczniu 1993, trwała jeszcze zażarta dysputa (po pierwszych faktach) i wielu księży anglikańskich w proteście przechodziło na katolicyzm. Co wyzwoliło po raz kolejny ‘sprawę celibatu’. Owi ‘nawracający się’ duchowni mieli najczęściej rodziny (i tak już musiało pozostać). Tymczasem księża od-zawsze-katoliccy będący w podobnej sytuacji czuli się pokrzywdzeni koniecznością życia w dyskomforcie, hipokryzji, pod nałożonymi karami.

Dziś przewodniczy celebrze młoda kobieta. Współcelebransi to kobieta i mężczyzna, słowo głosi jeszcze inna pani (Szkotka z Australii) a asystujący nie-celebransi to czterech duchownych i trzy duchowne. Aż dziw, że jeszcze nie sfeminizowano chórów. Co za pole do popisu na Wyspie. I likwidacja jakiej screamingly obvious injustice!

Nie bez kozery o tej ‘injustice’. Choć St Paul’s Cathedral Choir to Firma, na początku mam wrażenie, że sprawiedliwość Mozartowi oddać może tylko dobry zespół mieszany (soliści – trzech miejscowych panów i sopranistka – brzmią od początku znakomicie). Ale i tutti zaczyna nabierać soczystości i różnic dynamicznych… Może się źle rozśpiewali. Lub nie lubią Kyrie z Koronacyjnej.
Łapię się na ‘odhaczaniu’ nierówności w głosach czy między chórem a orkiestrą (vanitas vanitatum…) Jakie będzie Et incarnatus est… (nie rewelacja). Albo obserwuję mało zajętego perkusistę (kotły). Potem jednego z chłopców, który, śpiewając, kręci się (rytmicznie) na prawo i lewo (‘wahadło’ ponad 180°). Odkąd 4 lata temu wskazano mi w Westminster Abbey miejsce w stallach tuż obok chórzystów i ‘młodego’ dyrygenta (tego z polskiego tournee’ 98, następcy Martina Neary’ego) – zawsze, gdy tam przychodzę, sama pytam, czy są luzy przy chórze (dotąd miałam szczęście). Tak instruujące jest obserwowanie ich techniki, cudownej precyzji dyrygenta (a przy tym – różnych usterek nie do wychwycenia z dalszej odległości, nie mówiąc o produktach digitally modified. I tak rozczulające są psoty chłopaków pomiędzy utworami a najlepiej – w trakcie ich solennego wykonywania.

Teraz jestem zbyt daleko na aż-tak-detaliczne obserwacje. Daję się też wciągnąć i zauroczyć typowo-religijnej warstwie ceremonii. Uczestnictwo w nabożeństwie w jakimkolwiek (byle dobrze znanym) języku obcym zawsze wybija z automatyzmu. Ale raz po raz rozpraszają człowieka sidenotes i ‘wtórne systemy modelujące’. Wsłuchując się w mądre kazanie (świętość, piekno, tradycja, wypoczynek) po raz pierwszy w życiu dumam, czy ‘przeszkadzają mi’ kobiety za ołtarzem.
Bynajmniej.
I celebrans i kaznodziejka mają doskonale postawione głosy (a używają ich jak perfekcyjnie umytych okien a nie witraży). Szkocki akcent kaznodziejki stapia się miło z amerykanizującym australijskim. Ale najbardziej imponuje mi młoda celebrans, gdy wprawnymi acz dyskretnymi ruchami włada sporym czarnym kamertonem. Nie widzę trafniejszego podkreślenia ważności dźwięku w liturgii. I współpracy ‘księdza z organistą’. (The parson with the master of music).

Muzycy tymczasem orzą dzielnie (każda kolejna część mszy wychodzi lepiej, niż poprzednia). Congregation też imponuje: krzepi wrażenie, że tak wielu wprawnie posługuje się nutami a jeszcze bieglej – własnym narządem głosu). Jedyna większa różnica pomiędzy mszą katolicką a eucharystią anglikańską to przekazywanie znaku pokoju na początku Liturgii Sakramentu. (Są pomniejsze – w słowach i frazach i podstawowa – pomiędzy Upamiętnieniem a Przeistoczeniem). Recytując Our Father orientujemy się, kto tu katolik, kto Anglikanin nauczony nowszej wersji a komu zostało z dzieciństwa – dziś przyszedł, bo ma gości. Naszeptywanie tłumaczeń, zmora wielu ‘renomowanych’ nabożeństw, dziś się jednak w moim kwartale nie odbywa. Choć obok siedzi dziewczyna (znająca hymny na pamięć), która wcześniej rozmawiała z sąsiadem po francusku.

Komunia to battle royal dla stewardów. Podchodzą do brzegu każdego z rzędów, pytają, czy się przystępuje (do sakramentu lub po błogosławieństwo), wyjaśniają sprawnie (szeptem i gestami) całą skomplikowaną choreografię.
Benedictus i Agnus Dei śpiewane są już podczas rozdzielania sakramentu. Po czym następuje pięciogłosowe O sacrum convivium Thomasa Tallisa. Na koniec – Fantazja i fuga B.A.C.H. Liszta. ‘Prawdziwi parafianie’ i inni znajomkowie witają się, obcałowują, żartują. Uciekam z tego lokalnego hałasu na krzesło sopranistki (‘bas’, ‘tenor’, ‘kontratenor’ i ‘dyrygent’ już są – faceci, rzecz jasna) i wysłuchuję utworu do końca. Gromkie brawa. Kotły są w tym czasie otulane aksamitnymi pokrowcami.

23.07 biorę oddech od Mozarta: w katolickiej Katedrze Westminsterskiej Lay Clerks wykonają Mszę pięciogłosową Byrda i… O sacrum convivium Tallisa. A 30.07 w Queen’s Chapel zabrzmi Missa Brevis Sancti Joannis de Deo Haydna. Ostatnio słyszałam ją (w innym wykonaniu, niż SCC krakowskiej Kolegiaty – czyli czasem i własnym) w Augustinerkirche (Wiedeń, 09.’90). W środę trzeba więc wyskoczyć na 7.00 do ultra-katolickiego Brompton Oratory (‘jeszcze’ nie mają ołtarzy soborowych a niektóre panie zakładają w niedzielę czarne koronki na głowy – jak ważni goście do papieża).

Jestem na czasie: wczorajsze media donoszą o skokowo wzrastającej popularności śródtygodniowych nabożeństw. The Established Church poleca swemu duchowieństwu pójście za ciosem by ratować attendance: „Clergy must akcept that Sundays have become a day to visit relatives, play sport or go shopping. In short, they have become days of quality family time when people of all ages have the chance to travel some distance to meet family, and when non-custodial parents tend to be granted access to children”. Około miliona wiernych Church of England chodzi do kościoła co niedzielę, dalsze 700,000 przyznaje się do mszy raz w miesiącu. Kościół katolicki goni w liczbach bezwzględnych swą o-wiele-potężniejszą Rywalkę, proporcjonalnie więcej działa też na niwie charytatywnej. Wiele się i tu zmienia, lecz jestem pewna, iż Kongregacja Doktryny Wiary (i jakakolwiek inna) mogłaby mieć coś przeciwko wtorkowym nabożeństwom dla dzieciaków w parkach, pubach czy na łódce.

Zatem sza. Don’t try it at home, and – above all – don’t tell the kids!...

©BM 21July06

Records, record-breaking

24 wrzesień 2008

Pocztówka znad Tamizy 5/2006

Mój pokój – ten sam, co przed dwoma laty – ma wiele zalet. Jedną jest podręczny ‘księgozbiorek’, w tym dobry atlas Wielkiej Brytanii i niesamowite albumy (bazuję w back sitting room studenckiego kapelana, który co lato wylatuje do ciepłych Rawenn i Asyżów). Jest tu znacznie mniejszy hałas – okna nie wychodzą na Cromwell Rd. Zatem, z wyjątkiem ‘zauważalnego’ warkotu kuchennego klimatyzatora (6.45 do południa), wieczornych trzasków drzwi basementowej kuchni studenckiej i głośnych dysput tamże (plus – zniżających się do lądowania samolotów) nic nie przeszkadza w pracy, relaksie i śnie.
Lecz prawie wszystko na tym najdoskonalszym ze światów ma swoje zady i walety – jednopiętrowe odgałęzienie akademikowych mews okala wąska, wysoka ‘studnia’ ambasady Jemenu. A pośrednikiem z niebiosami, jest tylko wylepikowany dach (na ścianach – Częstochowska i zdjęcie Fr Jeff’a z JP II). Przetrwać-przewietrzyć ostatnią heatwave nie jest więc łatwo.

Mimo bardziej rześkiego poranka nie ma się co łudzić. Co prawda tak zwany szczyt absolutny wydaje się być za nami – w środę padł dziewięćdziesięciopięcioletni rekord temperatur lipcowych. Pobity o pół °C: z 36C (22.07.1911- Epsom, Surrey) na 36.5C (19.07.2006 – Wisley, Surrey).
Już wcześniej odhaczano pomniejsze rekordziki: najgorętszy 17.07, potem 18.07…także rekordy lokalne, np. dla Aberdeen. Ale kolejny upał tuż-tuż (szczyt punktualnie w środę – na razie szacowany na 34-35C). Rekord wszechczasów – 38.5C padł, jak pamiętamy, 10.08 2003 (Faversham, Kent) i na razie nie wydaje się zagrożony. Choć weatherpeople każą powoli oswajać się z myślą o 40C…

Gdy z dziesięć dni przed faktem zaczęto wieszczyć kolejną niesamowitą spiekotę, pomyślałam, jak też ją media ‘sprzedadzą’, skoro najcięższy kaliber ostrzeżeń, nagłówków, narzekań i dociekliwych tudzież dalekosiężnych analiz wystrzelano przy okazji (chłodniejszej i w istocie przewiewnie-przyjemnej) ‘fali’ z przełomu czerwca i lipca. Nie ma obaw! – człowiek ma w UK wszelkie warunki, by stać się coraz pilniejszym autodydaktą i większym erudytą. W warunkach saharyjskich (były) i kongijskich (będą). Choć w pewnych okolicznościach przyrody wyspiarska farba drukarska (tradycyjnie-podła) irytuje ogromnie. Ale woda (jeszcze) cieknie z kranów a real stickiness – ta dopiero przyjdzie. Nic z umówionych spotkań (too hot, shall we make it another day…), wizyt w placówkach dydaktycznych (lekcje odwołane). Pozostają socjo-kulturowe zajęcia własne. Gdzieś-tam wojna, sumowana: too hot to ponder, too hot to discuss, too hot to disagree…

W pamięć zbiorową Brytyjczyków wryły się dwa rekordowe-temperaturowo lata.
Rok 1911 – wspominany w tych dniach w sporych dawkach. Katastrofalne upały i susza trwały pięć miesięcy (od 1.07 do 11.09 nie spadła kropla deszczu), powodując zgony, pożary, nieurodzaje, braki wody pitnej, wysychanie liści na drzewach, zamarcie odgłosów ptasich. Lipiec 1911 to najsłoneczniejszy miesiąc w historii (prowadzenia zapisów) – 384 godziny słońca w Eastbourne i Hastings. Skłoniło to pierwszych pracodawców do dania podwładnym ‘urlopu’ dłuższego niż jeden dzień.
Bank Holiday Act z 1871 gwarantował wolny poniedziałek w maju i kolejny początkiem sierpnia – wydarzenie o tyle przełomowe, iż po raz pierwszy chodziło o relaks a nie religijną kontemplację (jak w Boże Narodzenie czy Wielkanoc). Latem 1911 po raz pierwszy ponad połowa poddanych Jerzego V (55%) odbyła minimum jednodniową wyprawę nad morze. Potem się przyzwyczajono – ‘z wielostronną korzyścią’.

Brytyjczycy nie byliby sobą, gdyby przy okazji takich wykopalisk nie wycisnęli ostatniej kropli soku z pomarańczy: ‘obyczajowo-upałowe różnice klasowe’. Gdy szaracy drżeli przed najmniejszą niestosownością w bathing machines (btw -dość drogich) – aristos umawiali się na nagi tenis itp. Człowiek, który jako drugi (i pierwszy od 36 lat) przepłynął English Channel, zrobił to – a jakże – nago. Zabezpieczony smalcem przed wychłodzeniem. Kto tylko mógł (i czym tylko mógł) – chronił się przed stygmatyzującą opalenizną.
Wzrosła liczba wypadków automobilowych (już wtedy ‘trawili mentalnie’ syndrom za-dobrej pogody). Dysponujący ‘vanem’ paper delivery boy z Sussex w okropny sposób zabił nadjeżdżającego konia. Oburzenie było nie mniejsze niż gdyby życie stracił homo sapiens.
Kamieniołom w okolicach Lancaster, zmuszony zawiesić wydobycie w godzinach popołudniowych, nakazał start o wschodzie słońca – 4.30. I miejskie i wiejskie czynszówki robotnicze – horrendalnie przeludnione – zamieniły się w bezsenne piekło (nb: Marks spoczywa na londyńskim Highgate, tam gdzie pierwsi polscy emigranci i pomnik Orła Białego). Zaczął się strajk londyńskich stoczniowców.

Trzydzieści lat temu nastała spiekota zaskakująco podobna do obecnej. Po typowo-brytyjskich kanikułach z początku lat siedemdziesiątych przyszło szokowo suche i upalne lato 1975 a po nim – o zgrozo – jeszcze gorętsze 1976 roku. Przez kolejnych 15 dni (23.06 -7.07) temperatury nie schodziły poniżej 32C a clear blues skies trwały nieprzerwanie 9 tygodni (do 26.08). Niektórzy podważają wiarygodność rekordu temperatury z 1911 – pobliskie stacje meteo zanotowały wyniki niższe o 1.6C i więcej. Zgodnie z tym środowe 36.5C powinniśmy odnieść raczej do 35.9C z 1976 (Cheltenham), niż do mitycznego 1911r.
Brązowe trawniki, pożary, zgony, wyschnięte zboża (East Anglia ‘miską kurzu’), zwietrzała glina pod pękającymi niepokojąco ścianami domów – wszystko to zmusiło do dyskusji i działania. Dotąd o zmianach klimatycznych mówili tylko uczeni. Których mało kto słuchał. Teraz temat przebił się nie tylko w postaci Drought Act, ale i debaty publicznej na temat paneli słonecznych, mądrzejszego wykorzystania wody czy społecznej terapii odwykowej od ropo-benzynowego uzależnienia.

W 30 lat po – wciąż brakuje wody na Południu (domów przybywa), wciąż na dachach nie błyszczy tyle baterii, ile w innych krajach (nie tylko śródziemnomorskich), wiatraki budzą sensację najczęściej jako ‘psuje’ krajobrazu (o małych, przydomowych nie wspominając), oszczędności z wydajnych ustrojstw pożerane są z naddatkiem przez nowe gadżety a auta i samoloty żłopią jak nigdy dotąd. Z wielu kręgów opiniotwórczych dochodzą pomruki, że brak decyzji ustawowych doprowadzi do ‘colossal disaster’, po którym wreszcie zacznie się coś dziać. Jak budowa Thames Barrier – po katastrofalnej powodzi z 1953 (300 ofiar śmiertelnych), wprowadzenie smokeless fuel zones po Great Smog z 1952 (~12,000 zgonów powiązanych z warunkami). Tym razem postuluje się kwoty emisyjne CO2, low carbon zones (w dużych miastach) i system nagradzania za redukcję emisji, obowiązek instalacji w nowych domach baterii słonecznych, wiatraczków i zbiorników na deszczówkę, odkupywanie od właścicieli naddatków energii przez dużych dostarczycieli, eco-friendly cars i wiele, wiele innych. Słowem, nowa wersja Clean Air Act. Proponenci z goryczą przypominają, że liczba ofiar śmiertelnych lata 2003 (na Wyspie 2,000 – 2,500 osób) jak na razie żadnego gremium decyzyjnego nie poruszyła.

Pozostaje ekscytować się rekordami i ciekawostkami (not too hot to get excited?) Pewna sieć elektro sprzedawała w środę wiatrak wentylacyjny co 2 sekundy. Konkurencja sprzedała też 1 (jeden) koc elektryczny. I wiele wiatraków. Zimowe piaskarki (gritters - do rozsypywania ostrego, drobnego żwirku) wyjechały w wiele rejonów ze swym bagażem by zapobiec roztapianiu się dróg. Weekendowe zdjęcia z Brighton sprawiają wrażenie, jakby plażowiczów spędzono tam dla pobicia rekordu gęstości na metr kwadratowy. Na stojąco. Użyto wiele (bez)cennej wody do schładzania mostu zwodzonego, który się nie chciał zamknąć. O wybrzuszeniach szyn i spóźnieniach pociągów nawet szkoda wspominać.
Ach – wielu zabawiało się rozbijaniem jajek na maski aut by stwierdzić empirycznie, jak szybko się usmażą. Jakżeż nazywał się ten słynny filozof angielski, twórca nurtu empirycznego?… too hot to jog one’s memory. Czy dociekliwość badawcza doprowadziła eksperymentatorów do konsumpcji owych fried eggs? Świadkowie milczą. Maybe too hot to wait for the results.

Poczucie humoru nie opuszcza narodu. We wtorek (czyli wciąż przed środowymi rekordami) żartowano ‘na kanwie’ doniesień z metra i autobusów (gdzie było odpowiednio 47 i 52C), iż bydło można przewozić w temperaturach nie wyższych niż 28C. Problemem nowszych double-deckerów jest też zapach plastikowo-wykładzinowy, jaki dodusza człowieka. W kontraście do sklimatyzowanych autobusów monachijskich, w londyńskich air conditioning właściwie nie działa (gorzej jest na skądinąd atrakcyjnym upper deck; nie da się odsunąć lufcików tak, jak w weteranach-leylandach z otwartym pomostem do wsiadania). Dwa lata temu wybrałam się w upalną sobotę do pn. Londynu autobusem – by sobie przypomnieć znane miejsca. Wcześniej rzadko używałam tu transportu publicznego przy pięknej pogodzie – sens posiadania roweru polegał na używaniu go w takich razach do maksimum. Wykupiwszy dzienną kartę i przemyślawszy optymalne jej wykorzystanie, musiałam jednak szybko zmienić plany: omal nie zemdlałam od tapicersko-blaszano-spalinowej mikstury zapachowej. Polscy machos zauważyli, że słynące z szyku i zadbania Paryżanki robią latem w ichnim metrze wrażenie alarmująco blado-ziemistych. Podobnie, jak wiele ślicznotek w bardziej-mniej głęboko wkopanym The Tube. Jasne, istnieją przyjaźniejsze koleje podziemne (że znów wypomnę Miasto nad Izarą).

Jakieś pedigree pigs dostały na czas upałów gogle na nosy (pardon – ryje). By ślepota nie uczyniła cennych genów – mniej cennymi. Zwierzęta w zoo dostają ulubione przysmaki zamrożone w blokach lodu (lwy, tygrysy i małpki też). Ale – o zgrozo! – pingwinowi z londyńskiego zoo nie pozwolono się ochłodzić. Jeszcze nie wiadomo, czemu. Uczeń Silverdale School (Sheffield) zaprotestował przeciw dyskryminującemu dress code (długie spodnie) pożyczając od koleżanki spódnicę. Dyrektorka nie miała nic przeciwko. W końcu do Szkocji stamtąd tylko parę godzin jazdy. Speaker of the House of Commons rozluźnił dress code dla Galerii Prasowej (normalnie – garnitury; w dni nadnormalne hacks mogą zdjąć marynarki).

Moja średnia wieloletnia tematów klimatyczno-ekologicznych może nasunąć Państwu podejrzenie, że z gorliwością neofity popadam w jedną z brytyjskich osobliwości – natrętne dywagowanie o pogodzie, czyli niczym. Świadomie… – choć mogę obiecać poprawę. Chyba, że w środę padnie rekord 40C.

©BM 23July06

Unexpected Muzeum Grand Tour, courtesy of V

24 wrzesień 2008

Pocztówka znad Tamizy 4/2006

Przez niemal tydzień, na przełomie czerwca i lipca, byłam Annual Member of The National Art Collections Fund (www.artfund.org). Membership Numer… Valid until 31 October 2006. W razie kłopotów podpisać… Karta była niesygnowana, choć nad pustym okienkiem stało jak wół ”This National Art Collections Fund membership admits the signatory only, and is not transferable.” Raz czy dwa pofatygowano się odwrócić standardowy prostokącik i spisać kod, lecz nikt nie domagał się wyegzekwowania podpisu. Co jest kolejnym maleńkim dowodem zwiększającego się lenistwa na wielu i tak leniwych posadach. Oraz faktu, iż najbardziej nawet law abiding nations (Niemcy, Brytyjczycy) umieją już/wreszcie kombinować. Przynajmniej w sprawach mniej ważnych, na niewielką skalę i – rzec można – altruistycznie. Zaczynają z właściwym nowicjuszom wdziękiem: tłumaczą się pragmatycznie i oszczędnościowo (szkoda by się zmarnowało, jesteś taką pasjonatką). Doświadczając grzeczności typu: imienny wstęp na spektakle i koncerty City of London Festiwal, roczne (darmowe bądź zniżkowe) prawo wejścia na wystawy, warsztaty, konwersatoria, company ticket do Covent Garden czy Wigmore Hall bez szans na wykorzystanie – ma się wrażenie, że najkosztowniejszą składową daru bywa embarrassment z powodu nie do końca stuprocentowej uczciwości całej operacji. Ale jest też element excitement: robimy coś ekstraordynaryjnego (powiedz, nie spotkały cię jakieś przykrości?… wiedziałam że się uda i będziesz się dobrze bawić!). Przy tym rzecz jest na czasie; inni to dopiero kombinują! Favour recipient będzie odporny na wyrzuty sumienia – jest z giętkiej, dwulicowej Polski (Europy Wschodniej). Darczyńcy też się często wywodzą z byłego Eastern Bloc. Albo mają stamtąd małżonków, historię pracy, kooperacji naukowej – słowem wiedzę pozwalającą pomagać (umilać życie) inaczej niż poprzez ill-timed advice typu: ‘Eva, I see you are going to stay a bit longer, so I will tell you where to buy a really nice sofa!’ Rzeczona Ewa była 17-ty dzień w Londynie, miała w kieszeni 2.5 funta, do pierwszej kasy ponad trzy tygodnie. A zapobiegliwi Polacy i inne nacje (bywa, że z ładnymi mieszkaniami i niezłymi dochodami) – sofy, biurka, regały często ściągają z ulicy. Dobierając kolor, styl… Bo inną formą ‘charytatywno-ekologicznej’ postawy tubylców jest umiejętność takiego ‘wystawiania’ zbędnych dóbr, by się przydały bliźnim o mniejszych dochodach, innym stylu życia/ strukturze spożycia.

Posiadacz rocznej karty NACF wchodzi za darmo w naprawdę wiele miejsc kosztujących krocie. Plan tygodnia został więc podporządkowany niespodziewanemu fuksowi. „Zarobiłam” ponad 80 funtów. Których to pieniędzy nie wydałabym na muzea w jednym tygodniu ani nawet jednego lata – ‘zarobek’ szacuję więc niczym polska Skarbona gdy ‘liczyła’, straty na prywatnym wwozie alkoholi, perfum, aut lub delikatesów. ‘Nie widząc’, że dojrzały (i mniej) konsument kupi w danej sytuacji dochodowej pewne non-essentials okazyjnie… – albo obędzie się smakiem.

Zrównawszy z elitarno-egalitarną dezynwolturą markowe wina, śródziemnomorskie i zamorskie delis czy perfumy z górnej półki ze wstępem do Pałacu Kensington, biskupów Londynu, Chiswick House, muzeum Haendla, Dickensa czy Wellingtona – spieszę z obrysowaniem cząstki ostatniej, prywatno/królewskiej, którą obrałam sobie w pierwszy weekend lipca.

Część Apsley House wciąż zajmują dziedzice tytułu Duke of Wellington, potomkowie Artura Wellesley, rówieśnika i pogromcy Napoleona (Battle of Waterloo), potem premiera. Nazwanego Iron Duke gdy zabezpieczył swą siedzibę kratami (przed demonstrantami)… podobną rzecz zleciła 250 lat później na Downing Street… Iron Lady. Nazwisko stało się a household name dzięki wellies, ocieplanym kaloszom – równie niezbędnym pewnym stylom życia jak nawoskowany płaszcz.
Choć trudno sobie wyobrazić bardziej poręcznie usytuowany obiekt (zwany zresztą London N°1 – first building past the tollgates): w centrum, pod główną bramą do Hyde Park – dotąd jednak do Apsley House nie weszłam. Częściowo w zdegustowanym proteście przeciw nieumiarkowanemu demonizowaniu-ośmieszaniu Bonapartego (licealna konieczność ‘przyswojenia’ detali sześciu koalicji przeciw Korsykańczykowi i wszystkich jego bitew też mi trąciła szaleństwem… a la Ignacy Rzecki).
Istotnie, jeśli człowiek uważa się za oświeconego Europejczyka a tym bardziej – anglofila, Apsley House zaliczyć należy. I tyle. Okazała, gustowna, bogato zdobiona siedziba: Wellington potrzebował ‘grand showcase to meet and greet’. I do wystawienia ‘niezrównanej’ kolekcji obrazów, mebli, sreber, porcelany i pamiątek, jakie dostawał od wdzięcznych (za pokonanie Napoleona) ludów i narodów. Miłośnik sztuki obejrzy tu efekt pracy wielkich nazwisk (Wyatt, Robert Adam), każdy uśmiechnie się nad złudzeniem nieskończonej amfilady osiągniętym przy pomocy luster – zamierzoną imitacją Wersalu. U podstawy efektownej klatki schodowej wita nas olbrzymi, nagi posąg Napoleona dłuta Canovy, kupiony przez Jerzego IV od Ludwika XVIII (za 66,000 ówczesnych franków) i podarowany Muzeum. Jak to z długo-niepokonanymi bywa, każdy detal triumfu nad Napoleonem przeżuwany jest perfidnie i detalicznie. 200 obrazów z Royal Collection of Spain odebrano bratu Napoleona po Battle of Victoria 1813. Późniejsi władcy Hiszpanii nie protestowali i tym sposobem dzieła ‘aksamitnego Breughela’, Goyi, Velasqueza, Correggia, Rubensa (Portrait of a Nun) i innych są tam, gdzie są. Oczywiście – w Waterloo Gallery (piękne pomieszczenie!). Są miecze spod Waterloo (Wellingtona i Napoleona), ‘egipski’ serwis z Sevres, jaki Bonaparte podarował Josefinie z okazji rozwodu. Wiele portretów ‘towarzyszy broni’ – ich marsowe miny pokazano – stosownie – w salach północnych. Na innym malowidle pensjonariusze Chelsea Hospital czytają z przejęciem Waterloo despatch. Przesyt słowem ‘Waterloo’ zmusza do ewakuacji (choć pomieszczenia AH dobrze chronią przed spiekotą).

Kensington Palace znajduje się o rzut kamieniem od MH. Ale ceny wstępu zawsze stanowiły zaporę. Zwłaszcza, gdy było się już w tylu innych królewskich rezydencjach (wszędzie drogo). Owszem, owszem: Royal Ceremonial Dress Collection i wiktoriańskie klimaty (QV tu się urodziła), Księżniczka Małgorzata, Księżna Diana (pierwsza od 300 lat Angielka, jaka poślubiła następcę tronu). A, gdy ktoś mieszkał w tych okolicach na przełomie sierpnia i września ‘97 – na zawsze zapamięta kwietny dywan przed Pałacem i oblężenie ludowo-medialne.

But here we are – inside at last! Upał. Długa kolejka (cóż, niedziela). Poręczny audio-oprowadzacz wręczony – start! Na początek – temat debiutu młodej osoby z wyższych sfer na dworze (moda z lat dwudziestych). Do tej pory słyszy się o balach debiutantek, ale nie mają one (bale, pannice) i części tego prestiżu, jakim cieszyły się jeszcze kilka dekad temu. Wchodzimy do sal poświęconych damskim i męskim strojom dworskim oraz pracy dworskich warsztatów krawieckich. Słuchawa prawi wzruszająco o trudzie szwaczek i hafciarek by ich bardziej uprzywilejowani współcześni mogli godnie i próżnie pokazać się w obecności władcy… Aż muszę ponowić.
Ale czekają mocniejsze emocje. W czasową wystawę ‘Diana Princess of Wales by Mario Testino’ wprowadza przytulny ante-room z fotelami z czarnej skóry i albumami pokazującymi mody, jakim Di ulegała (później kreowała) jako osoba publiczna. Zmęczone Amerykanki wertują albumy (choć mogą mieć kilkanaście podobnych na swych coffee-tables).
Oglądam wystawę: Testino pokazuje wysmakowane, monochromatyczne zdjęcia Księżnej w znanych kreacjach i zrelaksowanych pozach. ‘Wreszcie młodość i pewność siebie’, komentowano 9 lat temu. Sesja zbiegła się ze słynną nowojorską aukcją jej kreacji. To, co z wyprzedaży ocalało, oglądamy parę sal dalej: dziewięć długich sukni słynnych projektantów, zakładanych przez Di przy nierzadko-pamiętnych okazjach. Ulubiona Catherine Walter. Japończyk Hachi, Bruce Oldfield, Victor Edelstein: ciemnogranatowy aksamit znany z tańca z Travoltą w Białym Domu (1985). Amerykanki są wniebowzięte.

W Kolekcji jest jeden ‘numer’ Elżbiety II – długa, bogato wyszywana suknia spreparowana na okoliczność oficjalnej wizyty we Francji (lata 50te). Wzruszający opis produkcji szaty i relacje z okoliczności jej założenia można wybrać na monitorze stojącym obok pancernej szklanej gabloty.

Teraz część, gdzie mieszkała do śmierci (‘02) młodsza siostra Królowej, Princess Margaret (Apt N°1A). Pokazano dokonania fotograficzne jej pierwszego męża, Lorda Snowdona, zdjęcia ich apartamentów, pamiątki, wiele portretów. Ale sale robią wrażenie pustawych i nieco zaniedbanych. Może brak koncepcji… (a spadkobiercy zabrali większość mebli)?…

Lecz Kensington to nie tylko tekstylia (w wersji dworskiej niemal zawsze nafaszerowane metalami i minerałami). To także apartamenty reprezentacyjne: państwowe i prywatne. Od 1689, gdy William III kupił tę rezydencję ze względu na zdrowe powietrze wioski Kensington (i zlecił Wrenowi stosowną rozbudowę) – Pałac Kensington był ulubioną siedzibą władców aż do 1760 roku (śmierć Jerzego II). A i później wiele się działo. Rozmach i przepych komnat, różnorodność stylów i wpływów (m.in. cenna kolekcja chińskiej i japońskiej porcelany zbieranej przez żonę Williama III – Queen Mary II) robią wrażenie nawet na bardzo zblazowanym turyście. King’s Apartments są przestrzenne, przygniatające; ze słynną klatką schodową Wrena (niedawno udostępnioną po renowacji) i kolekcją obrazów w ogromnej King’s Gallery. Część zwana Queen’s Apartments ma charakter relatywnie bardziej przytulny, prywatny, pełna jest interesujących drobiazgów.

Kto ciekaw – może zobaczyć to wszystko za £11.50. Chyba, że – co daj Boże – trafi się jakiś annual ticket do wykorzystania.

©BM3July06

Are we in the tropics? Not yet… (2)

24 wrzesień 2008

Pocztówka znad Tamizy 3/2006

Zaskoczenia i kontrasty klimatyczne to nie pierwsza rzecz, jaka kojarzy się z UK czy Londynem. Ale, że było to moje ‘zdumienie inicjalne’, pora przelać na papier (LCD) ‘na wieczną rzeczy pamiątkę’ doznania wyryte na twardym (o jeszcze jak!) dysku pamięci.

Wyobrażą sobie teraz Państwo osobę przyzwoicie przygotowaną do tego, czego doświadczy w UK w dziedzinie temperamentów, stosunków międzyludzkich, polityki, funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego, nauki, edukacji, kultury, pamiątek przeszłości, sztuki (ze szczególnym wówczas uwzględnieniem muzyki wokalnej/dawnej).
Bodaj dziewiątego stycznia 1993 osoba owa ląduje u białych brzegów Albionu (nie wytykać tautologii, please!) Bieli prawie nie widać: jest sztorm, szaro i ciemno, poza tym immigration procedures. To ostatnie okaże się lekkie łatwe i przyjemne, ale, postraszono ją, iż ‘ciekawiej’ może być tylko na JFK, więc teraz przeżywa tak intensywnie, jak tylko może. Cztery dni wcześniej jeździła (też intensywnie) na nartach w ponad dwudziestostopniowych mrozach (Niskie Tatry)…
Niedzielny poranek, cieplutki deszczyk, dość mocno wieje. Panowie – w doskonałych garniturach, trenczach i szalach – z rzadka rozkładają parasole – słusznie, bo to tylko nuisance w danych warunkach, nawet jeśli ma się bardzo solidną sztukę. Posłuży ona – znacznie efektywniej i efektowniej – jako walking stick, itp. fashion accessory). Nasza nowicjuszka deszczem i porywistym wiatrem zachwyca się średnio, nie może za to wyjść z podziwu nad balsamicznością klimatu i hektarami klombowych pierwiosnków. Za chwilę zauważy obfitą wieczną zieloność, i drzewa charakterystyczne bardziej dla Neapolu, niż dla miast ponurej Północy. Też – nieznane, choć bynajmniej nie z ciepłych krajów (P5/2004) – wszędobylskie szare wiewiórki, które na jakiś czas polubi do tego stopnia, że będzie się z nimi dzielić orzechami laskowymi wyodrębnianymi ze śniadaniowego muesli. Koło połowy lutego zaszaleją rododendrony a nawet jakieś nad-ambitne róże z kolcami (po pąsowo-klasycznej kolczastości położył w niedzielę 14.02 pod drzwiami akademikowych dziewczyn Father B).
Obfotografowawszy te i inne botaniczne wrażenia optyczne oraz wysławszy ‘luty w Londynie’ do Domu, można było sobie pozwolić na odrobinkę przyrodniczego complacency.

Sobota 6 września 1997. W Londynie, po bardzo gorącym lipcu i sierpniu, od sześciu dni są normalnoletnie temperatury. Od tych samych sześciu dni ‘naród’ zmaga się z utratą swej najcenniejszej Ikony i właśnie umiejscowił się przed tv, telebimami w Hyde Park i w wielu strategicznych w tym dniu miejscach Centralnego Londynu, by Ikonę pożegnać.
Nasza bohaterka zmierza tymczasem z Edynburga przez Perth (gdzie zobaczy w gazecie headlines o śmierci innej Ikony, Matki Teresy) ku Inverness. Na Południu słońce, obfitość kolorów i ludzkich emocji – tu niemal monochromatyzm: szare niebo i deszcz, zimno (właśnie skończyło się wyjątkowe także dla Szkocji lato), skały pokryte delikatnymi odcieniami cytrynowości, złota i brązu; droga, obok linia kolejowa, potok. Pustka, skały. Brak drzew, czasem jakieś krzewy; nawet trawy tu nie za wiele (Grampian Mts, Cairngorm). Kolejne dni podobne: przestrzeń, wrzosowiska, jeziora, morza, góry; małe kamienne domki, dobre drogi, dyskretnie przemykające auta, dyskretniejszy rower. Groźna, malownicza asceza.

Następnego lata – znów na Północ. Bliższą – do Lake District. I znowu grey skies i więcej odcieni deszczu niż godzin stuprocentowej pogody. Bardzo stare skały (z Langdale Pikes dolina wygląda jak gęsta śmietana pozostawiona na szerokim garnku mleka aż do całkowitej zmiany faktury i kolorów). Znów efektowne góry, mało drzew, liczne jeziora i stawy. Wodospady o słynnych nazwach i literackich zasługach poukrywane skromnie (zazdrośnie) w głębokich wyżłobieniach skalnych i obrośnięte poszyciem. Nieco mniejsza skala, równie wiele – jeśli nie więcej – odcieni porostów, mchów, wrzosów i skał; cytrynowości, zieleni, żółci, brązów. Kamienne domki o małych rozmiarach i przyjaznych wzrokowi proporcjach – w okolicach Keswick w odcieniu zielonym.

Dwa tygodnie później – długo wymarzona sześciodniowa wyprawa do Kornwalii i Dewonu. Przy tym spontaniczna – na wieść o mocnym wyżu atlantyckim, który powinien się utrzymać do Bank Holiday Monday. Po dłuższej niż do Edynburga nocnej podróży (10h) – Penzance wita upałem i oślepiającą bielą budynków. Jeszcze goręcej i świetliściej jest w St Ives – zatoka i plaża wyglądają jak na mocno podrasowanej pocztówce z San Remo. Na skwerach okazałe palmy i inne rośliny o nadnormalnych wymiarach i intensywnych kolorach. Ścieżka Atlantycka (ku St Just i Land’s End, Britain’s Westernmost Point) wiedzie nad tak kiczowato-lazurowymi kotłami, wśród tylu odcieni morskich skał, typów formacji, wreszcie – tak czasem wysoko! Niebo bywa granatowe (choć chmur nie widać). Łopiany pod schroniskiem w St Just mają chyba trzy metry wysokości i łodygę do 15 cm w średnicy. Najzwyklejszy kmin sięga dwóch metrów. Nawet zachód słońca ma jakąś nadzwyczajną intensywność, widzianą dotychczas tylko w technikolorze.
Potem równie śródziemnomorski Lizard Point (Southernmost Point of Britain) – nawet śmieszne sklepiki z jajkami wytoczonymi z najpiękniejszych kamieni pół- i szlachetnych wydają się jakoś współgrać z niewiarygodnym bogactwem tła i szczegółów. Schodzę na dno jednego z kotłów, przedostaję się i wspinam na najwyższą dostępną skałę tak, że woda jest wokół (od strony lądu ‘niewyobrażalne góry’) – i czytam Najpiękniejsze wiersze Baczyńskiego. „Znów wędrujemy ciepłym krajem, malachitową łąką morza…”
W kolejnym dniu zapierająca dech w piersiach swą urodą okolica półwyspu Falmouth z noclegiem na samym jego cyplu – w Pendennis Castle. Warownia (wokół całe to historyczne żelastwo) a przy tym perfect tranquility: na kanale i w trzech zatokach żagle, żagle… Biel-niebieskość; niebieskość-biel.
Dobowym kontrapunktem wędrówki jest dziki (i tylko troszkę mniej balsamiczny) Dartmoor National Park. Co za zachód słońca z Bellever Tor! I wszędzie słynne Dartmoor ponies. Przez nie mniej słynne Princetown (więzienie dla skazanych na dożywocie) też naturalnie trzeba przejechać. Cieniów psa Baskervilles czy samego Sherlocka nigdzie nie spotkano. Może należało poszukać ich nocą, na co się nie odważyłam, postraszona złowrogimi mgłami i w nich zabłądzeniami (w ciągu mniej-niż-doby przejeżdżałam-przechodziłam przez słynną mgłę aż trzykrotnie – poza tym słońce i perfect heat).
I już Plymouth z kolejnymi niewiarygodnymi formami morsko-rzeczno-zatokowymi. Z niego jazda widokowym double-deckerem po klifowych urwiskach aż do Darthmouth. Tam, gdzie Royal Naval College. Akurat odbywał się światowy zlot jachtów; nie zapomnę (tym bardziej, że mam zdjęcia) widoku z góry na lej rzeki z setkami żagli i miastem ciasno i głęboko wciśniętym w tarasy ‘bogato urzeźbionej’ doliny. Nocleg z widokiem na cały ów lej. I jeszcze całodzienny marsz-relaks ścieżką nadmorską przez główne spas tak zwanej Riwiery Angielskiej: Brixham, Paignton, Torquay aż do Teignmouth skąd, już ciemną nocą i w deszczu, autobusem do Exeter (mimo niemal- północy katedra jakimś cudem była otwarta), skąd o 2.00 am autokarem do Londynu. Z Victoria prosto do pracy. Jest 1 września ’98: głowa pęka od nieba, morza, skał, przepaści, palm, wypielęgnowanych (a tak nonszalancko-dzikich) nadmorskich sekwencji parkowych, spacerowo-imprezowych stateczków świecących i roztańczonych po zmierzchu a widocznych tak dobrze z wyżyn kolejnego klifu.

A potem kolejny wyjazd na bardzo ciepłą Isle of Wight (sam koniec września – równie balsamicznie i śródziemnomorsko było tu w połowie lutego); tydzień wcześniej niemożliwy upał w opactwie Glastonbury, Wells i Cheddar Gorge, nie lepiej dzień później w Weston-Super-Mere i Clevedon. (Tu Thackeray pisał Vanity Fair; jest też najwyższe molo – bo i jedna z największych różnic pływowych).

Tropiki na bok – pewne jest natomiast, że południe Wyspy szybkimi krokami zbliża się do klimatów śródziemnomorskich. Nie tylko w palmach, atmosferze i zapachach ulic w długie, ciepłe wieczory. Miejscowi farmerzy coraz śmielej eksperymentują z uprawami typowymi dla Włoch, Grecji czy Hiszpanii. Po sadach morelowych i migdałowych przyszła kolej na gaje oliwne. 120 takich drzewek (owocowanie za 5-7 lat) posadził pewien smallholder w Dewonie (okolice Honiton).
Drobne rolnictwo ewoluuje tu w jedynym chyba możliwym kierunku: organicznym oraz nietypowych upraw. Uwzględniając ocieplający się klimat i dalsze prognozy (co trzecie lato ma być w UK bardzo suche i gorące), nasz Dewończyk, we współpracy z włoskim specjalistą oliwnym, wybrał sadzonki z Maremmy w Toskanii, gdzie w zimie są mrozy i śnieg (a oczywiste upały latem). Przemysłowa produkcja oliwek na Wyspie to zysk tysięcy food miles (samochodowych i lotniczych), jakie przebywają importowane na coraz bardziej masową skalę śródziemnomorskie delikatesy.
Brytyjski olive oil to na razie modna, zawiązkowa ciekawostka, lecz za 10 – 20 lat, kto wie?… Srebrne gaje oliwne na tle dębowych zagajników Kent, Surrey czy Dewonu? Mnie już tu nic nie zdziwi: ani wieloryb, który wpłynął Tamizą do Londynu by tu dokonać żywota swego, ani pięćdziesięciosześciofuntowe karpie złapane przypadkiem przez wędkarzy. Ani nawet dwa rekiny (długie na 14 stóp) kąpiące się w najostatniejsze upały w bezpośredniej bliskości wcale tym nie przejętych plażowiczów (Plymouth Hoe). Brytania bywa wszak really hot a wkrótce zupełnie będzie. Mimo, iż gdzieś-tam ciągle ględzą o deszczu i mgle.

©BM 5July06