Pocztówka znad Tamizy 7/2006
Wielce Szanowni Państwo pragną czytać o prawie wszystkim. O niczym jednak z większą ochotą, niż o obiektach mobilnych. Pierwsze wrażenie – bardzo wiele MINI convertible! Bo Brytyjczycy – nawet nie znający ‘carpe diem’ – wiedzą o ‘making hay when the sun is shining’. I kupują więcej aut z otwieranymi dachami, niż mieszkańcy słonecznej Italii. Dalej przybywa MINI sklepionych klasycznie, ale to nie nowina dla Wytrawnych Przeżuwaczy Pocztówek – trynd jako taki był (mówią) planowany, przepowiedziany (mądry prorok po fakcie); wpakowano w jego promocję (a i oparcie w realiach) sporo kasy. Która się teraz zwraca z naddatkiem. Mocno podrasowana wersja o zabawnej nazwie: ‘Mini Cooper S with John Cooper Works GP Kit’ znalazła w mig miejscowych nabywców (pierwsze 400 sztuk). A pomysł flagi brytyjskiej na karoserii ‘podkradł’ ostatnio Nissan – na Mikrze (SportSR) będzie ona ‘twórczo’ udrapowana. (Na MINI bywa ‘naszpanowana’)
Onegdaj, mając do spotkania z Wiele Wiedzącym Człowiekiem dwa kwadranse, zabawiałam się na Fulham fotografowaniem ruchomo-dachych MINI tak, by w minutę zakasować trzy sztuki. Fulham to dzielnica owszem, ‘pożądana’, ale nie tak droga, jak Kensington, Chelsea, Belgravia czy Mayfair, przez które ostatnio najczęściej się przemieszczam. Zachcianka wyglądała więc na quite a task, tym bardziej, iż obszar był typowo rezydencjalny (nie parkingowy, pubowy czy supermarketowy). I pora późna, gdy wielu ‘adresatów produktu’ wyrusza do centrum. Tymczasem bezproblemowo upolowałam trzy zadowalające sekwencje. Wystarczy! -
Brytyjczycy kupują MINI w różnorodnych kolorach pod warunkiem, że jest to kolor czarny. Więc jeśli NadAdministrator kiedyś sprawi, bym mogła ‘się sama rządzić’ w pewnym kąciku www (a nie mam sumienia go ponaglać, bo wiele ostatnio zrobił dla MMM – Moich Mądrych Maszyn… i jest bardzo zajęty, jak to NadAdministratorzy) – to ja tam te MINI, mini, porshe i gorsze pomieszczę. Z podpisami typu: ‘MINI pod chatą Hugh Granta’, ‘Żona Thomasa More odwoziłaby dzieci do szkoły MINI’, ‘Dante Gabriel Rossetti nigdy nie wybrałby mieszczańskiego, niemieckiego MINI’ … Nieee?… – oczywiście… jam nie byle hackette ale pocztówkowiczka analityczno-humorystyczno-klimatyczna.
Londyn odzyskał swe ‘Motor Show’. Od 1937 do 1976 odbywało się w Earl’s Court, tradycyjnym kompleksie wystawienniczo-koncertowym. 30 lat temu wysłano je do Brum (Birmingham), gdzie zwiędło haniebnie a teraz (20-30 lipca) powróciło (do ExCel, Docklands) pod dumną nazwą British International Motor Show. Wszystkie zeszłotygdniowe dodatki moto były w zasadzie monotematyczne: jak to dobrze dla motoryzacji, Brytanii, Londynu. Jaka od razu renoma, ile debiutów (nowy Vauxhall Corsa, piękna Honda Civic TypeR (‘Swindon-produced nemesis for the Golf GTI’), Jaguar XKR i wieeele innych). Nie stresujmy się upadkiem masowego przemysłu moto na Wyspie – Szwajcaria taką potęgą nigdy nie była a proszę – najlepsze pokazy aut ma Genewa. Brytania przynajmniej pozostaje potentatem w pojazdach luksusowych i nietypowych-inaczej (®BM).
Nie wgłębiłabym się może w sprawę gdyby nie wyprawa do Św. Pawła (16.07) i powrót przez Pimllico (rejon Victoria Coach Stn). Pod jednym z pubów stało parę bardzo starych i wypielęgnowanych autek z chorągiewkami British Motor Show. Piękne starocie na chodzie to nie sensacja w L, ale tym razem ‘warte w sumie ponad £10m vintage cars’ zaparadowały by ‘spiąć’ stulecie motoryzacji i uczcić powrót Show do L. Jeśli naprawdę przybyło ich tylko sto (a tak twierdzą media) – to widziałam ~10%. Zerkną Państwo na www.britishmotorshow.co.uk – do obejrzenia i nowe piękności i (pokaźniejsza od mojej) galeria ‘parady na stulecie’.
Pięcioletni synek znajomej zaskakująco woli (od aut starych i nowych) logo Show z wkomponowaną jako koło odjazdowego auta obręczą widokową London Eye i otoczeniem Eye w tle.
16 lipca stał też pod znakiem dziesiątego London Bikeathon. Wnikliwsi wypatrzyli rowerzystów w żółtych t-shirts na zdjęciu Katedry od strony południowej. Tak, było ich wszędzie jak mrówków. Zakończenie odbywało się w ogrodach Chelsea Hospital. Finiszując (też maratońską) trasę ‘Tower and back via St Paul’s’, widziałam najprzyjemniejszą fazę imprezy – wyjeżdżanie wymedalowanych uczestników z terenów Hospital na ulicę i dalej. Albo pakowanie sprzętu do bagażników aut. Dwoje najmłodszych rowerzystów, okropnie zmęczonych (słońce prażyło) czekało na tatę (i SUVa). Zapozowali jednak i zgodzili się na upublicznienie wizerunku, co rodzic potwierdził z ochotą, tym bardziej, że Bikeathon miał cel charytatywny. (Wielu kpi z faktu, że obecnie ‘w dobrych celach’ nie wystarczy po prostu, sięgnąć do kieszeni – trzeba zorganizować wyprawę do Peru, lub na Saharę).
E-bikes – wspomagane baterią elektryczną, miały ostatnio recenzje we wszystkich dodatkach moto, jakie mi wpadły do ręki. Ale na ulicy widziałam może pięć sztuk. Skokowo wzrosła liczba śmiertelnych wypadków wśród rowerzystów (efekt przesiadania się niedoświadczonych na coraz bardziej modny jednoślad, twierdzi policja). Modę współkreuje sam Lider Opozycji. Młodawy David Cameron używa roweru notorycznie, w tym do pracy (commentariat zwie go ‘Dave’… tak, tak – kiedyś i o Blairze mówiło się ‘Tone’). Dave mieszka na Notting Hill (jego towarzysko-polityczne otoczenie – przyszłe top jobs - określane jest jako Notting Hill set; koledzy partyjni i główne think-tanks New Labour grupowały się równie sławetnie w Islington) – ma więc lekko, łatwo i przyjemnie: po dłuższej przekątnej Hyde Pk, przejściem podziemnym (gdzie Duke of Wellington), Green Pk, St James’s Pk – i już! Ale pracującego na green credentials Camerona przyłapano ostatnio na oszukiwaniu (papiery i garnitur wiozła limuzyna). Choć była to niezasłużona wpadka (rowerowa pasja C to fakt a nie PR stunt) – paparazzi zwietrzyli szansę; Daily Mail co kilka dni wspiera zdjęciami analizy rowerowego przyodziewku Camerona czy Osborne’a (kolega i przyszły kanclerz skarbu), wykazywaną kondycję i przypuszczalną wagę obu, itp. Niełatwo być cool w L – jeszcze mniej osobie publicznej na rowerze, w szortach w kwieciste wzorki, w upalne sobotnie południe…
Ken Livingstone rzadko pozwala by osłabła mu ‘cytowalność’. Ma zresztą parę niewzruszonych przekonań. Że trzeba ograniczać ruch prywatny w centrum. Że auta używane w mieście mają mieć niską (i bardzo) emisję spalin (to Londyńczycy wiedzą i bez niego – toyota prius z drugiej ręki jest ponoć droższa od fabrycznej… firma nie nadąża za zamówieniami). Że ‘Chelsea tractors’… Ostatnim pomysłem jest £25 od pojazdów emitujących ponad 225g dwutlenku węgla na kilometr za wjazd do centrum, objętego Congestion Charge. Logicznie, mniejsi emitenci (poniżej 120g/km) mogliby dostać upust od obecnych £8. Nie za duży wszakże – nacisk będzie na green-tech, transport publiczny i rowery.
Uwielbiający auta Brytyjczycy mruczą, że obsesje Czerwonego Kena mają ‘podłoże klasowe’. Niech mruczą – po to jest dyskusja… Ale, choć grono wielbicieli SUVów poszerza się z każdym rokiem (accross class bareers, naturally enough), rośnie też liczba ‘kumających’, że obok przyjemnie wydanych pieniędzy istnieje odpowiedzialność (moralna!) za zasoby Planety i los przyszłych pokoleń.
Rowerzystów zaniepokoiły ostatnie wypowiedzi Mayora o tablicach rejestracyjnych na bicyklach (by można było karać cyklistów, zwł. za jazdę po chodnikach i przejeżdżanie czerwonych świateł). Ruch rowerowy, który w latach 93-03 pozostawał w L na stałym poziomie, wzrósł w ostatnich trzech sezonach o 50%. (By to uczcić, przyszłoroczny Tour de France zacznie się nad Tamizą… jeśli sama 102-letnia impreza ‘dożyje’ po ostatnich dopingowych rewelacjach). Ken chciałby też dawać mandaty za jaywalking: przechodzenie przez jezdnię poza przejściami lub na świetle innym niż zielone. Niektórzy boleśnie wiedzą – tak karze się w USA. Ale w UK jest na razie za mało przejść a wiele (jeśli nie większość) skrzyżowań ma światła wyłącznie ‘dla pojazdów’ (zmora wrażliwszych pieszych kontynentalnych – bo już sam ruch lewostronny a więc ‘look right’ na zebrze powodują konfuzję).
Zaniechano budowy płatnej autostrady z Birmingham do Manchester. Miała biec tuż-wzdłuż przeciążonej M6 (140,000 veh/day).
Bo cena (£3bn) i ‘koszty środowiskowe’…
Będą za to poszerzać istniejącego potwora o jeden pas. Morał? – autostrady stają się na naszych oczach dziwnie-mglistą sferą decision-making. Happy are those who have already got a couple of them…
Na bilboardach, ekranach i w prasie trwa sześciotygodniowa kampania ‘Don’t lose control’. Większość kolizji ma miejsce w odległości trzech mil od domu i akcja przypomina o zachowaniu maksimum ostrożności na dobrze znanych kierowcy trasach. Bohaterami filmików, które widziałam byli motocyklista i rowerzysta: w półzaspaniu-półautomatyzmie jedzone cereals, znane elementy krajobrazu… The door you see too late. The lamppost you slam into. The legs you’ll never use again.
Przy okazji Motor Show prześledzono ewolucję wizerunku kobiety w promocji pojazdu. Z reklam znikły niepostrzeżenie kociaki na maskach (i autostopowiczki w poszarpanych dżinsowych szortach – na poboczach). Weszły zaś konsumentki wpływające mocniej niż sądzono na decyzje zakupowe. W ostatnich latach wzrósł nacisk na komfort, bezpieczeństwo, przestrzeń i adaptacje do zadań. A maleje zainteresowanie ‘0-60 mph’ i liczbą bhp. To zasługa statystycznej pani (nawet jeśli karta bywa pana).
Ale wszystko ma blaski i cienie. Damsels in distress nie mogą już liczyć na taką kurtuazję w trasie, jak kiedyś. Firma Continental zorganizowała eksperyment w okolicy pięciu dużych miast. Testerkami były atrakcyjne dwudziestolatki: z zapasowymi kołami czekały na ‘wybawców’ średnio ponad 2 godziny (przy dużym ruchu… może właśnie dlatego). Przygniatającą przewagę wśród usłużnych miała grupa wiekowa 40-50 czyli teoretycznie najbardziej zajęci zawodowo i rodzinnie. W deklarowaniu pomocy wiodą zaś absolutny prym młodsi (16-24). ‘Bit of fun, but the underlying safety message for women motorists is to spend five minutes learning how to change a tyre’, skomentowała rzecznik firmy.
Raz na jakiś czas pojawić się musi na tych (niskich) brzegach namiętnie-spolifonizowany lament nad koleją. Gdy tylu kibiców wróciło z kraju doskonałych i tanich pociągów, rzecz znów jest na czasie. 24 operatorów, państwowy właściciel torów, bałagan, niepewność, niedoinwestowanie – zbierają od dawna żniwo wypadków, przeciążenia, opóźnień… (prywatyzację ‘dokończył’ rząd J.Majora). Środków zaradczych na razie brak… bo po prostu istnieją tylko dwa – nierozłączne i nieprzyjemne – (kasa i restrukturyzacja)… Tu może urwiemy; są w końcu – przynajmniej dla niektórych – wakacje.
©BM 26July06