Archiwum z sierpień, 2008

It never hurts to ask… and to clarify

17 sierpień 2008

Pocztówka znad Tamizy 28/2005

1. Znawcy topografii Hyde Parku: oczywiście przeszarżowałam (świadomie i dobrowolnie) z końskim kontekstem pieczarek w HP (P 8/2005). Pokusa self-mocking, British style była tak silna, iż nie mogłam się oprzeć…

2. Nie, nie wypatrzyliśmy żadnych beavers w Beverly Brook ani okolicach (P 26/2005). Ale woda była dostatecznie czysta, by mogły tam gdzieś być. Pochowane przed psami i dziećmi brodzącymi w potoku (miejscami znacznie szerszym, niż napisałam).
Jeśli już o londyńskich outdoor experiences mowa: w ostatnią sobotę przypomniałam sobie – po siedmiu latach – klimaty Epping Forest. Jest jeszcze bardziej puszczański w rzeczywistości, niż w mej pamięci (dba o to Corporation of London). W niedzielę zwabił mnie ponownie ‘interior’ Richmond Pk z jednym z ośmiu ‘chronionych’ w L widokiem na St Paul’s i centrum. Z setkami dębów o wielometrowych obwodach i połamanych przez huragany konarach. Z prawie-bezkresnymi paprociowiskami i jeziorami na dwóch poziomach: gdy do nich schodzimy, mamy (niemal) wrażenie bycia w ‘prawdziwych’ górach.
Dzięki niesamowitemu obszarowi, są tam miejsca, gdzie ruchu lądowego nie słychać wcale a samoloty – subtelnie (akurat lądowały z drugiej strony). Jeśli ktoś lubi te maszyny mimo wszystko i wbrew wszystkiemu (dla mnie dziewiąty cud świata – zaraz po rowerze!) – z okolic kopca Henryka VIII jest doskonały widok na dolinę Tamizy, Windsor, Hampton Court, Kingston i właśnie lotnisko Heathrow.

Wybierającym się w najbliższym czasie nad Tamizę i pytającym o rower, relaks i ‘w ogóle: jak się nie dać’ – polecam gorąco korzystanie pełnymi garściami z tego niesłychanego dziedzictwa, jakie władcy zostawili stolicy. Gdy 12 lat temu zaczęłam bezwiednie nucić ‘along’ transmitowanej w Wielki Piątek w tv Pasji Janowej Bacha – wykształcona (również muzycznie) w znakomitej irlandzkiej convent school pani domu przyłączyła się na chwilę, potem przerwała, popatrzyła na mnie z lekka ironicznie i rzekła: ‘you know Barbara, when you are over thirty – forget about chamber choirs, debating societies, metaphisical poets, indeed – dead poets’ societies and concentrate on staying fit to be of any use to your family, your vocation, to yourself… in other words: before thirty you invest in your soul, after – in your body… remember it later, when you have a dilemma whether to enjoy a nice concert or a nice bike ride… the latter is much better to you and to those around you’
Well I am now thirty, so it is time to pass this enlightened tip down to you…

3. Czy były polskie tematy? Oczywiście, ćwierćwiecze Solidarności. Z dużym wyprzedzeniem (całe szczęście bo potem New Orleans i Iraq stampede wyparły wszystko inne). Ci, którzy niejednokrotnie zrobili w Polsce (i na Polsce) nazwiska, wspominali przez parę dni z rozrzewnieniem, jaka to była huge story… i jak przemycali materiały po wprowadzeniu stanu wojennego. Nb. w zeszłym roku stosunkowo szeroko pokazano rocznicę Powstania Warszawskiego. Więc nawet co bystrzejsi developers (i im podobni) kojarzą już te wydarzenia (a po obejrzanym programie odpytują Polaków).

Był i trend opinii krytycznych (głównie na stronach ekonomicznych): przerost świadczeń rentowo-emerytalnych, obawa przed reformami, przesadna pozycja związków zawodowych… Wpływowa komentatorka ekonomiczna Timesa stwierdziła, że podmuch polskich asertywnie-oryginalnych myśli na arenę europejską traci nieco na wiarygodności wobec niemożności uporania się ‘w dobrym czasie’ z wewnętrznymi porządkami (zanim Chińczycy i Hindusi okrzepną i zgarną wszystkie tanie jobs).

Mecz Polska-Austria nie został w ogóle wspomniany. W przelotnie podsłuchanej transmisji radiowej z boju miejscowych (także później w tv i prasie) wychwyciłam sugestie, że Anglicy celowo nie męczyli Walijczyków by ich nie podłamać przed spotkaniem z Polską; dzisiejsze ‘urwanie’ punktu (-ów) w Warszawie leży oczywiście w interesie synów perfidnego Albionu.

4. W P 16/2005 wprowadziłam Państwa w błąd co do poziomów alertu terrorystycznego w L. Najwyżej jest oczywiście severe specific; niżej – general. Napisałam odwrotnie sugerując się opinią ‘dobrze poinformowanej’ osoby a nie nieco-gorzej (jak mi się wydawało) pamiętanych audycji radiowych.

Dziękuję za opinie, życzenia tematyczne (i urodzinowe!) – Do przyszłego lata!!!

©BM 7Sept05

Binge drinking, ladette culture, licencing laws

17 sierpień 2008

Pocztówka znad Tamizy 27/2005

Skoro Independent co czwartek drukuje nowe przygody i podboje Briget Jones, czas wspomnieć o jednym z kontekstów cyklu (prześmiewczego w zamierzeniu a tak dosłownie odebranego i w Wielkiej Brytanii i wielu innych krajach). Tym bardziej, iż toczy się właśnie wielowątkowa debata o brytyjskim piciu, której pretekstem stał się Licencing Act 2003.

Moja lipcowa roommate (dwudziestolatka z wielu rozrywkowymi upodobaniami i ogólnie-poważnym podejściem do życia) zapytała: ‘Czy w twoim kraju młode dziewczyny też tak demonstrują swój alkoholizm na ulicy? Bo we Francji jeśli któraś ma problem to się wstydzi, ukrywa, pije raczej w domu. Bliscy też się wstydzą, próbują pomóc… A tutaj… ja nie rozumiem…’

S spędziła w Londynie ledwie 4 miesiące (choć intensywne). Nie rozumieją jednak i cudzoziemcy z długim stażem.
Ja nie rozumiem do tego stopnia, że przestałam dociekać. Ale torturą staje się sama ‘ulica’ w porze zamykania pubów – tak nieapetyczny i ogólnie-dołujący jest widok zatrutej alkoholem młodzieży obojga płci. I to, co wyczyniają, ktoś z nimi wyczynia lub wyczyniać może.
Dziesięć lat temu postrach budziła yob- lub lad culture: faceci zarabiający lub nie, wydający krocie by upić się po meczu (lub bez pretekstu) szybciej, niż kolega (najczęściej piwem), awanturujący się na ulicy i w domu.

Ostatnio ‘dołączyły’ ladettes: pewne siebie, (często z dobrymi dochodami), głośniejsze z każdą wypitą puszką, szklanicą czy porcją alkopop, wzmacniające to narkotykami, obrażające resztki moralności publicznej.
W lecie część przenosi się do hoteli, klubów, pubów i na plaże greckie i hiszpańskie – siejąc postrach wśród miejscowych (mimo zgorszenia – zainteresowanych wyciągnięciem każdego euro, jakiego ‘sodoma’ jest warta).
Relacje o culture clash (pijąca na umór horda contra polski i węgierski prawnik ufni w samoczynną magię hiszpańskich wakacji) są pyszne… lub mniej.

Celem Licencing Laws było zróżnicowanie godzin zamykania pubów: by nie zamawiano hektolitrów na hasło ‘last orders!’ a potem – po szybkim wypiciu – nie wychodzono jednocześnie wszczynając burdy, histerie, wandalizując, zakłócając spokój.

Rząd objaśnia ustawę promowaniem kontynentalnego stylu picia : sączenia i smakowania jakościowych alkoholi aż do późna (wczesna). Jednak to wymagałoby żmudnego wypracowania kultury picia.

Na razie wszystko wróży jak najgorzej: większość pubów-sieci złożyła podania o maksymalną extension. Zdecydują nie – jak dotąd – sądy magistrackie a councils – rady dzielnic. W braku sprzeciwu mieszkających w pobliżu, nie będą miały prawa odmówić.
A każda nowa licencja kosztuje znacznie więcej, niż dotychczasowa, najczęściej jeszcze ważna – nasza szefowa oburza się na to zdzierstwo. Pokrzywdzone czują się domy parafialne z okazjonalnymi cheese’n’wine parties i budżetowymi weselami… albo nasz akademik, gdzie studenci prowadzą – wieczorami i rotacyjnie – barek.
W przepisach są dowolności – ktoś mieszkający ponad 100 m od hałaśliwego pubu z imponującą historią rozbojów niekoniecznie zostanie uznany za ‘a local’ – by jego sprzeciw był wiążący.
Głośno zrobiło się o akcji pianisty Alfreda Brendla przeciwko ‘muzyce’ pubu w pobliżu jego domu na Hampstead: ‘As a classical musician of some renown I have the strongest possible motive to ask you to protect our street’s peace and quiet’.

Póki co zastrzeżenia złożono do co szóstego wniosku.

Pierwsza fala szumu medialnego, a co za tym idzie – obywatelskich protestów dotyczyła małego rozpropagowania konieczności ponownego ubiegania się o pozwolenie na sprzedaż alkoholu. Wtedy panikowano, że od listopada-grudnia nie będzie gdzie napić się piwa. Gdy proprietors rzutem na taśmę wypełnili i złożyli podania (prawnicy zarobili – bywało i 12 stron red tape) – wypłynął pomysł, by zatrzymać a nawet odwrócić to wszystko (ponoć wciąż możliwe).

W międzyczasie podnoszony jest alarm: Moda na binge drinking dotyczy już i dziesięciolatków. Gazety publikują sprytne wykresy, diagramy i rysunki: jak kształtuje się poziom alkoholu we krwi po spożyciu w ciągu godziny iluś-tam jednostek w zależności od płci i wagi ciała; jak wyglądać będzie wątroba i okoliczne organa upijającej się kobiety w wieku 20-tu, 30-tu, 40-tu, 50-ciu lat (dotąd! – mądrej głowie dość dwie słowie); jak kolejne zatrucia alkoholowe rzutują na ogólną odporność (nawet przeciwko trywialnej grypie) i na możliwości reprodukcyjne…
Scaremongering, że hej. Z nadzieją, iż coś jednak dotrze… A Briget Jones napisze: ‘alcohol: 2 units – v.v. good’. Pomarzyć można.

©BM 30Aug05

Up the Beverly Brook Walk

17 sierpień 2008

Pocztówka znad Tamizy 26/2005

Niemal każdemu, oglądającemu mapę Londynu, rzuci się w oczy duży (jak na od-dawna-ludną okolicę) obszar terenów zielonych na południowy zachód od szeroko rozumianego Centrum (po obu stronach rzeki). Królują: Richmond Park (prawie 1000 ha) , Wimbledon Common (460 ha), Hampton Court, Kew Gardens wraz z Old Deer Park i inne, mniejsze-niemałe.

Beverly Brook uchodzi do Tamizy naprzeciw stadionu FC Fulham. Z klasą bo przy pomocy piętrzącej wodę śluzy. Ale co to za woda?! – mętna, czarna. Lecz ‘beaver lay’ brzmi obiecująco a pomazana grafitti plansza zachwala 10.5 km trasę (wytyczoną, jak wiele innych walks, z okazji Milenium).

Niedziela 28.08. ‘W metropoliach chodzi się dużo i szybko’ – to Urszula Dudziak o Nowym Jorku (w Wieczorze z Jagielskim). Choć uważam się za aktywną, tu muszę zawsze dorastać do zadania… z okazjonalnymi blisters ku wzmożeniu powitalnych doznań.
Lecz chodzenie chodzeniu nierówne. Po sześciu kwadransach marszu przez centralno-południowy Londyn – wreszcie brudny potok. Na drugim brzegu bloki. Mimo wczesnego poranka wiele osób na rowerach, z dziećmi, psami. Putney Lower Common: po lewej rozłożona asertywnie na stoku dzielnica (ostatnio ‘pożądana’ przez prawników). Niezbyt szczodre signposts – a wciąż odchodzą ścieżki i ścieżynki w zarośla (już Barnes Common). Nie zrobiłam szkicu na początku (więcej plansz nie widać), ale pamiętam, że którymś z mostków trzeba przejść na lewą stronę. Aktywni informują jednak entuzjastycznie i kompetentnie.
Przez Roehampton towarzyszymy potokowi z oddalenia (chowa się pod ziemię albo płynie prywatnie: wielo- lub jednorodzinnymi developments). Zadrzewione ulice uprzyjemniają drogę. Niestety, rejon przecina parę wylotówek, więc śpiew ptaków ma counterballance w mniej lub bardziej natężonym szumie autostrad. I w huku zdążających na Heathrow samolotów.
Znów brak znaków za skrzyżowaniem. (Kierunek OK: mamy słońce i plan miasta, ale skoro wyprawa zwie się Brook Walk – przejdźmy możliwie dokładnie wzdłuż potoku).

Starszy rowerzysta w stroju do krykieta potwierdza obrany azymut. Dodając, że lepszy na te eskapadę byłby rower. Hm… w meczu moich skradzionych jednośladów od kwietnia jest 2:1 dla Polski (wynik byłby wporzo na Old Traford za miesiąc). Krykiecista znika w długim, prostym tunelu Priory Lane. My za nim: z lewej obrzeżone drzewami zbocze Roehampton Golf Course, z prawej długi rząd ślicznych semis: witrażykowe okna i środziemnomorska roślinność wokoło.

I oto już pyszne, kute bramy jednego z Royal Parks – Richmond Pk (Roehampton Gate). Gdyby nie (pełny) parking po lewej, można by pomyśleć, że się przyszło na skraj sawanny: jak okiem sięgnąć – zielono-płowe trawy punktowane drzewami i zaroślami.

Ale gdzie potok? – znów zniknęły znaki (szlak nie dla idiotów). Oko harcerki wypatruje jednak (pod słońce) kępkę wierzb – i następne – Tam!
Brook wreszcie czysty, z kamyczkami na ciemnym dnie, szeroki regularnie na kilka metrów. Trawa sięga czasem wody (jak na obrazkach Rossettiego). Moczarka, rogatek, rzęsa. Włosy rogatka czesze arkadyjsko dość bystry nurt.
Idziemy na południe wschodnim krańcem Parku, prawym brzegiem potoku, trawiastą ścieżką bądź łąką (po lewej Richmond Pk Golf Course). Ludzi dużo. (Bank Hol nie wywiało ich za miasto? Może ceny paliw?) Wędrówka kończy się szybko – wita Robin Hood Gate i A3.

Po przejściu nad arterią jesteśmy na Wimbledon Common. Potok płynie teraz w ciemnym, dość głębokim wąwozie, ‘oszalowanym’ zgrabnie drewnianymi deseczkami na wysokość ok 50 cm od (dzisiejszego) lustra wody. Wśród ostrokrzewów i starych drzew, obrośniętych wysoko bluszczem i innymi pnączami. W porę ten wiecznie-zielony gąszcz, bo słońce jest ostre a kierunkiem – wciąż południe.
Tym razem ścieżka biegnie po lewej stronie. Po prawej mnóstwo boisk piłkarskich (Kingston Vale Playing Fields) – wszystkie pełne. W pewnym momencie faceci w pasiakach a la Newcastle Utd wdzierają się w kolczastości za piłką. Śpiewają ptaki. Rzeka zaczyna się lekko wić (wciąż jednak nie tracąc na szerokości). Na środku ścieżki wyrastają jeden po drugim dęby o obwodzie ponad 3 m. Po lewej pojawiają się boiska do rugby – jeszcze chwila i osiągamy południowy cypel Wimbledon Common. To koniec trasy (potok ma swe źródła znacznie dalej).

Jesteśmy w New Malden. Trafnym zrządzeniem nazwy, Beverly Avenue wyprowadza nas (na chwilę) ‘do cywilizacji’. Borough of Merton straszy karą £1000 za pozwolenie psu, etc. Teraz trzeba – w upale południowego stoku, ’strawersować’ osiedle Copse Hill – bardzo posh, (by obejść Royal Wimbledon Golf Course dużym łukiem na wschód…

…i odpocząć w Canizaro Pk – festiwal jazzowy dobry na piknik). A potem powrót na łono natury (or the nearest thing) – rozległe Common.

Jeziora, czernice, thatched houses, wiatrak, dęby ogromne i inne drzewa (imponujące supłami na pniach i konarach), polanki rozliczne, wąwozy urokliwe, rozległe wrzosowiska – liliowe nawet zza złoto-miodowych okularów (kurczę pieczone, już prawie jesień!!!)

Z klasą, choć zmęczeni, maszerujemy na północ; postanowiliśmy nie dać się i nie skorzystać z metra czy autobusu. Na szczęście dłuższa przerwa przewidziana jest na wzgórzu Telegraph (Putney Heath) – 3 godziny byczenia się na ‘elitarnej’ polanie i rozrywki zwanej przez tubylców planespotting (rozpoznawanie marek i nazw przewoźników lecących nad nami samolotów; lecących nisko, więc zabawa niezbyt wymagająca).

A potem (nieee, jeszcze kwadrans!) w dół, niestety.

©BM 29Aug05

Mo Mowlam or how to pay not too tricky a tribute

17 sierpień 2008

Pocztówka znad Tamizy 25/2005

Majorie Mowlam – The Northern Ireland Secretary 1997-99 – zmarła 19 sierpnia. Miała 55 lat.

New Labour dochodziła do władzy pod wieloma chwytliwymi hasłami. Labour’s coming home , rebranding Britain, Cool Britania…
Może najcześciej powtarzano bliskie pokoleniowo main-stream’owi labourzystów – Things can only get better. Gospodarkę przejmowano w obiecującym stanie – któż nie chciałby zwyciężać w takich okolicznościach?!… Wiało nowym. Na początek chciano się odciąć od stylu rządzenia poprzedników (zdemoralizowanych 18-letnią passą i wyalienowanych ministerialnymi luksusami oraz tajnymi lub mniej udziałami w rozlicznych radach nadzorczych, sztywnych wychowanków elitarnych szkół kultywujących Kiplingowską stiff upper lip).

Nie żeby zupełnie brakło pilnych spraw. Jedną z takich – Irlandię Północną – dostała Mowlam. Wyróżniła się podczas kampanii: tabloidy chciały dopiec dbającej o prezentację i prezencję Labour, smażąc teksty, że jedna z Blair babes chyba opycha się słodyczami bo okropnie utyła. Mo nie miała wyjścia tylko oświadczyć, że tusza (i peruka) są efektem chemioterapii po nowotworze mózgu. Co zaskarbiło jej sympatię (jak upośledzenie wzroku – zdolnemu posłowi a wkrótce ministrowi Blunkettowi).

Our woman’: spontanicznie-autentyczna, bystra, dostępna, umiejąca słuchać, były wykładowca akademicki – wsławiła się w negocjacjach między rządem i unionistami a Sinn Fein, partią republikańską Irlandii Pn. (w ‘97 SF wysłała ‘na Westminster’ kilku posłów, w tym heavyweights Jerry’ego Adamsa i Martina McGuinessa).
Rozmowy trzeba było zaczynać szybko – zanim nowa mitologia krzywd i prześladowań rządowych osadzi się w świadomościach irlandzkich katolików. Rola Mo w przygotowaniu Good Friday Agreement (1998) była przemożna. Tak poszło w lud – z anegdotą, jak to (w dosłownym i metaforycznym upale przeciągających się, napiętych negocjacji) zdjęła perukę i zsunęła buty, rozładowując gęstniejącą atmosferę.
Wcześniej zaryzykowała odwiedziny słynnego więzienia Maze i długą rozmowę ze skazanymi paramilitarystami. Dwie godziny później ich polityczni przedstawiciele wrócili do będących akurat w impasie rozmów.

Zaczęto ją zwać St Mo. Gdy stanęła w Omagh (po brutalnym zamachu tzw. Real IRA na centrum handlowe: w sobotni sierpniowy poranek ‘98 zginęło 29 osób) – czuło się, że hołd ofiarom oddaje w imieniu ludzi autentycznie chcących zapobiec rozlewowi krwi i wiedzących, jak się zabrać do rozplątywania tego węzła gordyjskiego.

Jesienią ’98, na dorocznej konferencji Labour, Mowlam dostała najdłuższe owacje. Przerwano nimi mowę Blaira gdy chwalił swą Irish Secretary… a przecież to dla niego zarezerwowany był mega-aplauz pod koniec (tego) przemówienia.

Tak właśnie – zazdrością PM o konferencyjne oklaski – Mowlam tłumaczyła odsunięcie od wpływów (tekę irlandzką dostał wkrótce Peter Mandelson). Prawda była jednak złożona: Mo straciła zaufanie unionistów zbyt otwarcie ‘rozumiejąc’ republikanów. Tym z kolei nie podobało się, że negocjator jest kobietą. Mowlam nie przyjęła prestiżowego ministerstwa zdrowia. ‘W zamian’ napisała książkę Momentum, gdzie, obok kapitalnych wspomnień z dni chwały, znalazły się maleńkie rewanżyzmy, niegrzeczności i pretensyjki. Najwięcej pod adresem Blaira…

Powróciła też choroba (o niezrównoważeniu i braku kondycji szeptano już w trakcie ministerialnej kariery). Po kolejnym upadku i zranieniu głowy (zaburzenia równowagi) – nie odzyskała świadomości. Zgodnie z jej zapisaną wolą: wobec braku rokowań poprawy odłączono sztuczne odżywianie.

Powiew oryginalności w uprawianiu polityki, inspiracja dla cierpiących i optymistycznie walczących z groźną chorobą poprzez energiczne próby zmieniania świata na lepszy (a przynajmniej odciśnięcia na nim piętna swej osobowości). Krótki, wyrazisty epizod. Jedno, acz nie najdłuższe życie.

©BM 24Aug05

Robin Cook – or how to pay a very tricky tribute, indeed

17 sierpień 2008

Pocztówka znad Tamizy 24/2005

Robin Cook – Foreign Secretary 1997-2001, Leader of the House of Commons (do rezygnacji w proteście przeciwko inwazji Iraku) – zmarł nagle 6 sierpnia. Miał 59 lat.

Mówiło się, że Cook to diabelnie inteligentny i równie pracowity Shadow Foreign Secretary. Szczególną legendą owiane zostało osiem kwadransów (na przejrzenie kilkusetstronicowego raportu o łamaniu embarga na eksport broni do Iraku), które musiało wystarczyć, by dwulicowy rząd Majora dostał od Cooka pamiętane do dziś cięgi.
Więc, gdy w 1997 Labour doszła do władzy – Cook na równi z innymi pławił się w zasłużonym ciepełku aprobaty, lansując – naturalna nominacja na stanowisko Ministra Spraw Zagranicznych – ‘ethical dimension in British Foreign Policy’. W uznaniu za co sfotografowałam go w trakcie wychodzenia (pieszo!) z Houses of Parliament (po State Opening 13 maja 97). Ów wymiar etyczny wyśmiewano na potęgę. Jakby krytycy zaangażowania UK w Kosovie, Afganistanie czy Iraku zapomnieli, jak pragmatyczna – mówiąc wprost: asekurancko-wyrachowana! – bywa(ła) polityka zagraniczna perfidnego (zdradzieckiego) Albionu. Czego ofiarą padła i Polska. New Labour pod wodzą drobnego i nieatrakcyjnego optycznie ‘gnoma’ Robina Cooka miała to zmienić.

Czar pryska już latem ’97. Jadąc na Heathrow, skąd z żoną Margaret udawali się na wytęsknione konne wczasy do Montany, Cook dostaje telefon od sekretarza prasowego premiera, że brukowiec ma opublikować romans ministra z sekretarką Gaynor, więc potrzebna jest jasna decyzja. Cook bierze żonę do VIP lounge i tam oznajmia: the marriage is over. Był to wybór wizerunkowego ‘mniejszego zła’ (pójście na całość za zauroczeniem miłosnym contra bagienko kolejnego oszukiwania żony – bo o ile nasz bohater do przystojnych nie należał – za to do wiernych… także nie).
Deklaracja szybkiego rozwodu i poślubienia kochanki niewiele jednak dały w kategoriach damage limitation: media się rozszalały.
Na dodatek dumnie dotąd milcząca żona i matka dwóch synów przemówiła – z elokwencją dorównującą goryczy, czyli ogromną. Spotęgowaną ‘przerwaniem tamy’ u osoby latami duszącej osamotnienie i poniżenie. Dr Cook wkrótce napisała książkę – bestseller , z kart której genialny mózg i błyskawiczny dowcip – Robin wyziera jako frustrat topiący stres i poczucie niedowartościowania w whisky, pracoholik z kompleksami niższości (papiery jadą nawet w podróż poślubną), zrzucający na żonę nie tylko praktyczną i finansową troskę o rodzinę ale i ciężar własnych po-depresyjnych ‘terapii’, wielokrotnie ją zdradzający a porzucający dokładnie w chwili, gdy miała nadzieję na okazjonalne promyczki glamorous life down in London. Będąc szpitalnym konsultantem-hematologiem, mieszkała w stolicy Szkocji; mąż posłował z pobliskiego Livingston, ale w constituency home bywał rzadko. (zapracowany opozycyjny frontbencher z przyszłością…)
Nawet przychylni Dr Cook krytycy – a kto jej wówczas nie współczuł! – określili książkę jako vitriolic.

Strategia szybkiego i zdecydowanego uporania się z problemem – ale i twardego odparcia nawoływań o dymisję , nie do końca wypaliła (winna prolonged media attention). Robin Cook – the Foreign Secretary, mimo demonstracyjnego błogostanu nowego związku , nie miał szczęścia na urzędzie. Popełniwszy parę gaf, błędów i zaniedbań (i mając od rozwodu niskie notowania w sondażach), został zaskoczony dymisją po wyborach 2001.
Jako Leader of the House of Commons dążył do modernizacji Parlamentu, promując reformę ordynacji (z first past the post na proporcjonalną).
Zrehabilitował się opinii rezygnacją w sprzeciwie wobec wojny w Iraku. Odtąd człowiek, który ambicji premierowskich zaniechał (jak sam to ujął) ‘tylko’ z braku looks i z powodu osobowości classroom swat - wiódł żywot backbenchera, autora wycyzelowanych artykułów (głównie antywojennych) i… eksperta wyścigów konnych.

Kolejną wielką pasję – hillwalking – przypłacił życiem: w pierwszym dniu urlopu zmarł na zawał upadając podczas wspinaczki na Mount Stack w szkockich Highlands.

Szczodre tributs posypały się jak z rogu obfitości. Równolegle przypomniano (dokładnie, wielokrotnie, z wszelkimi szczegółami i punktami oglądu) jego messy divorce. Poniekąd dobrze, że w takich dniach bliskim brak czasu i sił na prasę i tv…

Blair – z rodzinnych wakacji w ‘nieznanym miejscu’ – powiedział coś much to the point i kwieciście.
Ale mało kto dał się nabrać: z powodu opinii Cooka o inwazji Iraku i po demonstracyjnej, elokwentnie uzasadnionej rezygnacji, jego stosunki z szefem nie były najlepsze – to say the least.
Czekano więc w pewnym napięciu, czy PM przyleci na pogrzeb wieloletniego kolegi. Niestety . Zdeklarowanego ateistę pożegnały przed edynburską katedrą tłumy, wewnątrz wielu oficjeli i prawie cała Labour.

Brown poróżnił się z Cookiem ze 20 lat temu a niechęć była tak ugruntowana, jak tylko między dwoma Szkotami być może. Aliści ostatnio, gdy Cook przestał być Blairytą, zaczęto mówić o pojednaniu z Kanclerzem i perspektywie powrotu Robina na przednie ławy po zmianie PM. To własnie Goliat Gordon wygłosił w St Giles the main eulogy, cytując Sokratesa: One must wait until the evening to see how splendid the day has been. Zmarłego określono ‘największym parlamentarzystą współczesności’. Na koniec zagrano – w katedrze – Internationale. Ironista Cook byłby zadowolony.

Piszący lekarze powtórzyli, że nie wolno wprost od biurka porywać się na ekstremalne wyczyny, zwłaszcza z hypertension history. Szkotom wypomniano, że na zawał umiera tam o 48% osób więcej, niż w Londynie – nierzadko młodszych, niż Cook .

I najdelikatniejsza sprawa: dwie wdowy. Żona Gaynor przeszła wiele od sobotniego południa, gdy mąż upadł parę metrów ze skały i nie dawał znaku życia. Dla lepszego odosobnienia żadne nie wzięło telefonu, którego użyczył jej dopiero przygodny turysta. Z nim to próbowała przez 40 min reanimacji według telefonicznych instrukcji pogotowia. Zeszła potem do hotelu z policjantem – w helikopterze nie było miejsca.
Margaret Cook wyznała, że zawarła pokój z ex-mężem dwa lata temu (po pogrzebie matki Cooka). Jej rolą będzie wsparcie dla synów; mieli bardzo dobry kontakt z ojcem. ‘Taka tragedia, tyle miał do zaofiarowania, w tak młodym wieku…’ Nie ustrzegła się jednak protekcjonalnej wycieczki pod adresem Gaynor: ‘Jest całkowicie załamana – zawsze potrzebowała oparcia i miała je w Robinie; gdy go zabrakło, jest w beznadziejnym stanie…’

I tak to, niestety, było przez cały czas: Zamiast skupić się na wspominaniu Robinowej inteligencji, pracowitości, precyzyjnego pióra, innowacyjności, reformatorskiej pasji czy rewelacyjnie-zgryźliwej ironii – spekulowano, czy druga żona zaprosiła pierwszą bo uznała to za stosowne, czy na wyraźne życzenie (bardzo wspierających w tych dniach macochę) synów męża… Czy Blair nie wziął udziału w ramach vendetty za tough time przed niełatwą decyzją o wojnie, czy jako persona non grata… Jeden romans (za dużo… nie w porę…) – i unholy mess nie tylko na resztę życia, ale i po śmierci…

©BM 22Aug05